Opowiadam Wam

czwartek, 4 sierpnia 2016

#19

Siedziałam uwięziona w damskiej toalecie na lotnisku w Warszawie słuchając pierdzenia pani będącej w trakcie aktu defekacji kilka kabin dalej.

Za cholerę nie mogłam otworzyć tamtych przeklętych drzwi. Szarpałam klamkę, przekręcałam zamek w tę i z powrotem i nic. Co za pech! Pobiegłam do toalety, by zrobić siku tuż przed lotem i co? I ugrzęzłam w lotniskowym kiblu. Fuck! Zerknęłam na zegarek, miałam 5 minut do pół do piątej, a według mojego biletu 16:30 to boarding time. Fuck! Spóźnię się i po mnie, nie polecę, nie wpuszczą mnie już na pokład. Fuck! Fuck! Fuck! Zaczęłam szarpać klamkę i walić w drzwi, nawoływać ludzi. Srająca obok nic zapewne nie wskóra, po odgłosach dochodzących z kabiny można było wywnioskować, że jeszcze przez chwile będzie zajęta, a dla mnie chwila oczekiwania w tamtym momencie oznaczała porażkę. Siąść i płakać! 
- Cholera jasnaaaa! - krzyknęłam - Czy jest tam ktoś? Błagam, proszę mi pomóc, za trzy minuty wchodzę na pokład. Proszę, zatrzasnęłam się w kabinie, proszęęęęę! - wykrzykiwałam to w trzech językach.
- Halo, proszę pani. - usłyszałam kobiecy głos, obstawiałabym na panią koło pięćdziesiątki, ale kto to może wiedzieć. - Proszę się uspokoić. Ja niestety, yhm.., nie mogę teraz stąd wyjść, ale jest ze mną siostra, czeka przed bramką, zadzwonię żeby podeszła i może wezwała kogoś. 
Pani z klopa kilka metrów dalej! Dzięki Bogu, że jest tu z kimś i że nie ma mnie ....... w dupie! Fu!
- Mogłaby pani, naprawdę? - spytałam błagalnym tonem. - Będę dozgonnie wdzięczna! Tylko, że ja mam już w zasadzie trzy minuty na wydostanie się stąd.
- Spokojnie, najwyżej wejdzie pani na pokład jako ostatnia. Chwilka. Halo, halo Lilka? - usłyszałam jej głos skierowany już nie do mnie. - No w toalecie, a gdzie? Ja, no, nie mogę jeszcze wyjść, ale jest tu pani obok gdzieś w kabinie. Zatrzasnęła się, a za chwilę powinna wchodzić na pokład. Przyjdź szybko, może uda ci się otworzyć drzwi od zewnątrz. I zgarnij kogoś po drodze. - chwila ciszy. - No nie wiem, nie może. Chodź tu, prędko! - rzuciła stanowczo.
Dzięki dzięki dzięki!
- Już idzie. - powiedziała do mnie pani z klopa. - A czemu nie przejdzie pani dołem. Za gruba? - spytała, dość chamsko, ale przynajmniej konkretnie.
- Nie, to znaczy w sumie tak, jestem w ostatniej kabinie i nie wiedzieć czemu, dolny przesmyk ma tu jakieś 10 cm zaledwie.
Czemu wlazłam do tej?!
- Rozumiem.
- Wanda?  - rozległ się głos innej kobiety.
- Pani jest w ostatniej kabinie. - odpowiedziała Wanda z klopa.
- Ostatniej po lewej. - krzyknęłam z nadzieją.
- Lilka, spręż się, mamy minutę. - poganiała siostra siostrę.
- Dobra. Pociągnę, a pani niech pcha. - powiedziała do mnie Lilka. - Zawołałam też służby porządkowe, zaraz ktoś tu przyjdzie.
Na szczęście nie było to konieczne, po jakiś 10 próbach udało nam się i wybiegłam z kabiny całując po drodze panią Lilkę i wykrzykując podziękowania dla pani Wandy. 
- Do widzenia. Spokojnej podróży - powiedziałam na pożegnanie już przy wyjściu z toalet.
Zdążyłam, weszłam jako przedostatnia, tylko dlatego że dżentelmen przepuścił mnie w kolejce. Co to była za akcja? I jeszcze ten facet przed siedzibą NCBR.  
Uff, całe szczęście, jestem, siedzę, lecę. Juhuuuu! 
A jeszcze wczoraj byłam w Szczecinie. Do stolicy natomiast dotarłam we wtorek, dzień przed spotkaniem kierowników grantów z core 2010. W środę rano wyruszyłam na Nowogrodzką z całym swoim majdanem. Na miejscu zdałam toboły do szatni i poszłam do sali audytoryjnej. Było naprawdę sporo ludzi, na szczęście moją prezentację zaplanowano jako drugą z kolei. Bardzo mi to odpowiadało. Wystąpiłam, w imieniu szefa, opowiedziałam o naszej pracy w samych superlatywach podkreślając jej istotność dla nauki. Zarówno prezentacja jak i dyskusja przebiegły pomyślnie. Byłam zadowolona. Nie mogłam oczywiście zostać do końca dnia, bo czekały na mnie Włochy, wiec pożegnałam się uprzejmie, podziękowałam za zaproszenie i po późnym lunchu opuściłam siedzibę Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Jagna byłaby ze mnie dumna, że mimo pospiechu zaliczyłam jeszcze lunch. Bądźmy szczerzy - dawali wino. No i wszystko byłoby pięknie gdyby nie tamten nieudolny złodziej przed budynkiem...
Tok moich myśli zaczął delikatnie, a w zasadzie diametralnie się odwracać.
A może to wszystkie znaki na niebie i ziemi, to znaczy głownie na ziemi - oby nie na niebie! - złodziej, WC pułapka, pokazują mi, że mam uciekać w te pędy, nie lecieć do Włoch, nie spotkać się z Filipem.
A niech to! Nie analizuj!
Poszłam spać.
Przespałam cały lot. Na miejscu wzięłam taksówkę, było za późno żeby jechać autobusem, a poza tym, niech GREAT płaci.
Dotarłam do hotelu. Był piękny. Weszłam, zakwaterowałam się, marzyłam o szybkim orzeźwiającym prysznicu. Wzięłam toboły i poszłam. Rozglądałam się po drodze ukradkiem z nadzieją, że gdzieś spotkam Filipa. Nic z tego, w zamian zauważyłam kłócącą się parę. Wyglądali dość komicznie wykrzykując swoje argumenty z włoskim temperamentem. Tak, ich aparycja wskazywała na włoskie pochodzenie. 
Winda umiejscowiona była w szklanym tunelu wertykalnym, co umożliwiało przyglądanie się ludziom spacerującym po korytarzach każdego z pięter. Miałam zatem sposobność poobserwować jeszcze przez chwile ową kłócącą się parę, wprawdzie już bez fonii, ale sama wizja wciąż stanowiła całkiem ciekawy przekaz. Dopiero gdy zatrzymaliśmy się na kolejnym poziomie uniosłam wzrok w stronę przezroczystych rozsuwających się drzwi osobowego dźwigu. Tuż za nimi stał Filip. Patrzył mi prosto w oczy. Nie zdążyłam nawet pomyśleć jak zareagować, bo on oczywiście już aranżował całą tamtą scenę przy mojej zerowej świadomości. Wszedł do środka, powiedział 'Good evening', mnie po karku przebiegł dreszcz, a w ustach zapanowała Sahara. Nie na długo. Przystojniak zafundował mi nie lada oazę. Po przywitaniu się z pozostałymi ludźmi zbliżył się do mnie i nawilżył wnętrze mej jamy ustnej swoją śliną. Pocałunek był nieziemski, namiętny, mokry, przyprawiający o dreszcze nie tylko na karku, ale na całym ciele. Do tej charakterystyki mogłabym jeszcze dodać, że był jakby zaborczy, władczy, a nawet odrobinę brutalny. Moje podniecenie podżegło jedno zdanie wyszeptane do ucha przez zaciśnięte zęby. 
- Spóźniłaś się, Magdaleno. - Próbowałam opanować się ze wszystkich sił i nie pokazywać pod jak wielkim wpływem F. byłam. 
Spojrzałam mu prosto w oczy i powiedziałam. - Nie spóźniłam się Filipie, moja podróż przebiega zgodnie z planem. - Uśmiechnął się delikatnie, kiwnął przecząco głową i dodał 
- Ja jestem innego zdania. Myślę, że powinniśmy to przedyskutować. Będę czekał na ciebie u siebie. Pokój 708. 
- Przyjdę najwcześniej za godzinę. - powiedziałam dzielnie, mimo, że najchętniej poszłabym z nim z całym swoim tobołem prosto z windy, ochota na prysznicowe orzeźwienie opadła. Byłam już wystarczająco pobudzona. 
- Czekam zatem. - odrzekł uśmiechając się szeroko. 'Good night' i wysiadł, na piętrze siódmym, nie spojrzał już w moim kierunku. Wypuściłam powietrze, które magazynowałam od momentu, gdy F. pojawił się w drzwiach windy. Co ja, na litość Boską, będę robiła przez godzinę? Idąc korytarzem do pokoju numer 924 żałowałam, że nie rzuciłam czegoś na temat kwadransa potrzebnego na ogarnięcie, albo pół godziny, maksimum. Nie, musiałam zgrywać niewzruszoną i walnąć sobie kolejne 60 min oczekiwania. Trudno. 
Weszłam do pokoju, był cudny. Cały hotel Najmrot był cudny. Właściciele byli chyba stuprocentowymi kosmopolitami, bo postanowili urządzić swój przybytek bardzo międzynarodowo. Każde piętro wieżowca zagnieżdżone zostało w stylizacji konkretnego kraju. Przykładowo, piętro pierwsze to rodzimy właścicielom Benelux, ze szczególnym naciskiem na Holandię, drugie charakteryzował niemiecki porządek, a trzecie pachniało włoską pizzą i pierożkami z mozzarella i parmezanem w sosie pomidorowym. Nawet Państwa Słowiańskie, w tym Polska, zostały uchwycone przez Najmrotów, dla nich przypisano piętro ósme. Każdy, kto dokonywał rezerwacji w hotelu mógł oczywiście wybrać odpowiadające sobie pięterko, ja zdecydowałam się na Skandynawię na piętrze dziewiątym. Ciekawe, co jest na siódmym, u Filipa. Za godzinę się przekonam. Znowu poczułam dreszcz na ciele.  
Mój apartament był wielki i miał ogromny balkon. Zawsze, gdy mam możliwość, wybieram lokum z balkonem lub tarasem. Na środku pokoju wisiał hamak lila róż, a pod nim leżał obszerny mięciutki szary dywan. Meble, w tym stojące bliżej balkonu łóżko, wykonane były z jasnego drewna pokrytego transparentną bielą. Naprzeciw hamaka, na betonowej ścianie stał dość wysoki piękny kredens, wypełniony lekkimi i ciężkimi trunkami oraz przekąskami. Naprzeciw łoża natomiast było wejście do łazienki, a raczej łaźni. Pomieszczenie to było bowiem prawie tak duże jak sypialniane. Na środku stała okrągła wielka wanna z drewnianym obiciem, tuż przy wejściu kabina prysznicowa bez kabiny, typ walk-in sprytnie otoczony ściankami, tak że woda nie miała szans czmychnąć poza rejon kąpieliska. Za wanną i prysznicem było lustro, wielkie, zakrywało około 1,5 metrowy (w swej wysokości) pas rozciągnięty na całą ścianę. A gdzie kibel? Tak, WC było w osobnym pomieszczeniu, za drzwiami z żaluzji. Wchodziło się tam na lewo od wanny. Położyłam swoje torby, rozpakowałam je od razu. Po akcji z Teo, weszło mi to skutecznie w krew. Wyszłam na balkon, zaczerpnęłam świeżego powietrza. Hmmm.... cudownie.  Obróciłam się plecami do widoku i oparłam o balustradę, by rozejrzeć się po moim tarasie. Piękne drewniane meble balkonowe z wygodną - uwaga! - rozkładana sofą. Cudo. Po rogach porozstawiane małe lampeczki, które w panującej już ciemności dawały piękną łunę światła. Jedyny minus, za dużo lawendy. Tak, balkon był nią przesycony. Jagna, by tu nie wytrzymała. - Jagna. - powiedziałam na głos i zamyśliłam się. Tak bardzo trzymałam kciuki za nią, za nich. Nie wiem dlaczego, ale nie zaczęłam nienawidzić Szymona. A przecież powinnam była. Owszem, byłam na niego strasznie zła, permanentnie zła, za to co zrobił, ale nie byłam wściekła, a tak by należało. Dlaczego nie ogarniała mnie furia, gdy myślałam o zdradzieckim mężu towarzyszki? Nie mam pojęcia. Może dlatego, że tak bardzo ufałam, że kochał Jagnę nade wszystko, całym sobą, a tamto zdarzenie to po prostu najokrutniejszy błąd w jego życiu, jedyny błąd. Wierzyłam mu, że z tamtą kobietą nic nigdy emocjonalnie go nie łączyło. Wiedziałam, byłam przekonana, że wielbił i miłował tylko Jagnę.
Ostatnio bywałam u Króli częściej niż zwykle, nawet przedwczoraj. Patrząc na tę rodzinę po prostu czuje się miłość. Zdrada w małżeństwie nie pasuje tam kompletnie. I chyba nie tylko ja byłam takiego zdania. Babcia wciąż była miła dla Szymona. No, może nie aż tak jak zawsze, ale na pewno tolerowała jego obecność i nie ignorowała. A myślałam, że będzie zupełnie inaczej.  
Zerknęłam w prawo, jakieś 8 metrów dalej pięły się kolejne balkony. Zerknęłam w lewo, o, to ciekawe. Wieżowiec miał budowę narożną, tak jakby zakręcał, a ja ulokowana byłam na krótszym ramieniu. Widziałam więc część balkonów z ramienia dłuższego. F.! Ciekawe, czy widać stąd balkon Filipa??? Przyjrzałam się, dwa piętra niżej, numery pokoi rosły w moją stronę, więc powinien być gdzieś tam. I był. Nie tylko balkon, ale i on sam. Filip rozłożony na leżaczku z jakimś trunkiem w ręku. Na leżaczku? Niebieskim I jak porządnie oświetlony balkon, wszystko widać. Podłoga drewniana w brunatnym, ziemistym kolorze i białe wnętrze balustrad. Co to za kraj? 
- Hmm, ciekawe. A tak poza tym, przystojniak z ciebie Panie Troch. I nie licz, że powiem ci dziś, że mam sposobność cię obserwować. - szepnęłam sama do siebie. 
Pewnie sam się niebawem domyśli, ale cóż, ja mu nie powiem i korzystać będę ile wlezie. 
Niechętnie oderwałam wzrok od Nieziemskiego, weszłam do pokoju, wystukałam sms do Jagny, że dotarłam cała i zdrowa, dałam też znać Dorocie i poprosiłam, żeby przekazała reszcie, w sensie mamie. Odpuściłam prysznic, za to wzięłam kąpiel, w super wannie, która jak się okazało, miała funkcję jacuzzi. Wyszykowałam się jak na spotkanie życia i po kilku chwilach pukałam już do drzwi F., lekko spóźniona, celowo oczywiście. Nie odpowiedział na moje pukanie. Ten to ma tupet. Zapukałam jeszcze raz i zorientowałam się, że drzwi są uchylone. Weszłam do środka. Grecja? Chyba tak. F. nie było w zasięgu wzroku, więc porozglądałam się trochę po pomieszczeniu. Pachniało czystością. Białe ściany, podłoga w panelach z wykładziną koloru cyjan po środku, duże okna otulone śnieżnymi zasłonami i wszędzie dodatki w wielu odcieniach niebieskiego. Uśmiechnęłam się.
- Znowu spóźnienie.
- Przepraszam, nie mogłam wcześniej. - skłamałam. - I nie znowu, po raz pierwszy. - to akurat była prawda.
- Jak minęła podróż? - zapytał.
- W porządku, dziękuję.
- A tobie? 
- Też w porządku. - odparł nalewając mi whisky.
Oboje chcieliśmy dowiedzieć się czegoś więcej. Ja - skąd przyleciał, z domu, z pracy, a może gdzieś wypoczywał w międzyczasie, gdzie bywał, co robił, do kiedy zostaje....? On - zapewne nie mógł znieść mojego spóźnienia, które naprawdę z mojej strony było intencjonalne. Nie miałam innej możliwości zaplanowania tego pobytu jak z jednodniową obsuwą. Trudno, moim zamiarem było oczywiście nie tłumaczenie się Panu F.
- Nie pijam whisky. - powiedziałam. - Nie lubię.
- Naprawdę? - spytał szczerze zdziwiony, ale ku mojemu zaskoczeniu, nie przestał napełniać kieliszka, który po chwili mi podał. Strasznie mnie denerwowało jego podejście do sprawy. Nie słuchał, albo nie chciał słuchać, a jak słuchał to i tak próbował nagiąć sytuację tak, żebym tańczyła jak mi zagra. Czułam się nieswojo. Nienawidziłam takich stereotypowych głupich damsko-męskich relacji. Że co, że facet, macho, mózg operacji, że wie lepiej, że rób jak nakaże? O nie, co to to nie. 
- Dziękuje, ale nie wypiję. - powiedziałam biorąc kieliszek i odstawiając go na pobliski niski stoliczek, mała ławę z turkusowymi serwetkami. Grecja jak nic. 
- Hm. - powiedział Filip i upił łyk ze swojego kieliszka. - Nawet nie spróbujesz? Pyszny trunek, dodałem tajny składnik. -rzucił.
Zaintrygował mnie i przestraszył. Znowu przyszła mi do głowy myśl, że jedna tabletka, troszkę proszku, kropla zdradzieckiego liquidu i facet mógłby mi zrobić co tylko by chciał, a mój mózg nawet nie zarejestrowałby tych zdarzeń. Z tym, że jakoś wizja ta zupełnie mi nie pasowała do scenariuszy naszych spotkań. Spotkań! Toś powiedziała. Jedno było póki co. Może jestem jednak zbyt naiwna...
Nie spróbuję. Nie lubię whisky. - powtórzyłam zdecydowanie.
- Podać ci w takim razie coś innego?
- Wino poproszę.
- Jakie?
- A masz przekąski? - zdziwiło mnie moje pytanie.
Filip zaśmiał się. 
- Chałwę. - odrzekł.
- Poproszę zatem wytrawne z aromatem limonki. - powiedziałam śmiejąc się pod nosem. F. również delikatnie się uśmiechnął i ku mojemu zdziwieniu zapytał:
- Retsina Kechribari może być?
Grecja! Bingo!
No i F. zna się również na winach. Nie powinnam być zdziwiona...
Chętnie.
Podał mi kieliszek. Wzięłam. Wstałam.
- Mogę? - spytałam wskazując na otwarte na oścież szklane drzwi balkonowe. Filip kiwnął głową przyglądając mi się bacznie. Wyszłam. Wyszedł za mną z kawałkami chałwy na małej tacce. Patrzałam daleko przed siebie. Co jak co, widoki z tego hotelu nocą są rewelacyjne, za dnia pewnie też.
- O czym myślisz? - Filip przerwał chwilę milczenia, nie niezręczną, przyjemną wręcz.
- O Jagnie. - powiedziałam machinalnie. Ups, może nie powinnam była. To zbyt osobiste. To moje myśli. Moje myśli o życiu Jagny. Nie mogę przestać o niej myśleć. Nie będę mu tego opowiadać.
- Niesamowita kobieta. - powiedział F.
Spojrzałam na niego, chyba pytająco, bo po chwili dodał:
- Obie jesteście bardzo znane w świecie nauki, dla wielu stanowicie autorytet. Śmiało można określić Jagnę jako niesamowitą. Każdy ci to powie. - teraz to on patrzył w dal. - A ciebie jako niesamowitą i obłędnie pociągającą. - upił łyk whisky, oparł się bokiem o balustradę. Zatapiał swój wzrok w moich oczach. - Jesteś prześliczna Magdaleno. - jego niski ton przyprawił mnie o dreszcz na całym ciele. - Z czego zapewne świetnie zdajesz sobie sprawę. - dodał.
- Owszem. - powiedziałam i pośpiesznie odwróciłam wzrok od nieziemskiej facjaty. Nie mogę pozwolić sobie na takie figlarskie czary mary, nie chcę być kobietą owiniętą wokół samczego palca, przystojnego palca. Upiłam łyk wina.
- Może się przejdziemy? - zaproponowałam.
- Spacer? - punkt dla ciebie Magdaleno! Nie spodziewał się takiego rozwoju sytuacji.
- Tak, spacer. - powtórzyłam pewnie.
- Dobrze, ale za chwilę. - wziął ode mnie kieliszek i odstawił na podłogę tuż obok swojego. - za dłuższą chwilę - dorzucił. Złapał mnie za rękę. Chyba zobaczył mój zdeterminowany do buntu wzrok, zbliżył zatem moją dłoń do swoich ust i rzekł - Pani pozwoli. - Kiwnęłam głową. Pocałował delikatnie w okolicach serdecznego palca i wprowadził mnie do pokoju. Nie mówiłam nic, on też nic nie mówił. Złożył za to na moich ustach soczysty pocałunek, soczysty, ale nie tak namiętny i zaborczy jak w windzie. Chyba zaczął obawiać się, że naprawdę jestem bliska strajku przeciw dyrygowaniu mną. Oderwał swoje usta od moich ust, spojrzał mi głęboko w oczy, uśmiechnęłam się, dając mu jakby przyzwolenie na wszystko. Wtedy dopiero pocałował porządnie. Nie dotarliśmy do łóżka. Uprawialiśmy seks na podłodze. Było inaczej niż za pierwszym razem. Mimo, że za nami dopiero jeden jedyny stosunek to wtedy, w hotelu Najmrot, czułam się o wiele swobodniej, pewniej, znajomo. Instynktownie dotykałam tam, gdzie uważałam, że będzie mu najprzyjemniej i co najważniejsze trafiałam w stu procentach, podobnie jak on. To było doznanie warte ugrzęźnięcia w lotniskowej toalecie i walki z nieznajomym mężczyzną chcącym wyrwać mi torebkę przed siedzibą NCBR w Warszawie. 
Filip był niesamowicie męski, przystojny, inteligenty i kulturalny, temu nie mógł zaprzeczyć nikt. Ja natomiast nie mogłam zaprzeczyć jeszcze temu, że uczył się błyskawicznie. Moje ciało rozszyfrował bowiem z prędkością światła. No chyba, że byłam bardzo standardowa, a on grzeszył doświadczeniem. To pierwsze niemożliwe, to drugie bardzo prawdopodobne.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz