Gdy wstałam, Jagny nie było już w łóżku.
Ziewnęłam, najpierw wychyliłam się i zerknęłam przez szpary w okiennych zasłonach, potem sprawdziłam dokładną godzinę na zegarku. Pierwsza wizja: szarówa, druga wizja: 06:30.
U-u, późno.
Wstałam. Zeszłam na dół. Stąpałam delikatnie, ale nie po cichu, nie chciałam nieproszona natknąć się na rozmowę gospodarzy i stworzyć tym niezręczną sytuację. Byłam zdenerwowana. Nie wiedziałam, co ów ranek miał przynieść. Jak się później okazało, nie przyniósł nic nowego. Nie doświadczyłam konfrontacji Jagny i Szymona. Co więcej, nie przytulałam i nie uspokajałam już więcej towarzyszki. Nie było potrzeby. To znaczy, potrzeba była, tylko chęci brak - ze strony Jagny oczywiście. Zaproponowałam jej nawet, że mogę zostać z nią cały dzień - z małym przerywnikiem na odebranie i przywiezienie ze sobą Teo - ale powiedziała racjonalnie i zdecydowanie, że nie może dłużej zalewać się łzami i analizować zaistniałej sytuacji otwarcie. Tamtego dnia bowiem wracały dzieci z babcią. Wywnioskowałyśmy że Szymon już pewnie do nich i po nich pojechał, bo auto zniknęło z podjazdu.
- Muszę wziąć się w garść i przerobić to po cichu. Dzieci już wczoraj rano widziały mnie w kiepskiej formie. Nie chcę, żeby się martwiły. - powiedziała Jagna. - Gniewko powinien za dwie godziny być na lekcjach, ale odpuszczę mu. Napisałam do Szymona sms, żeby się nie spieszyli, zjedli śniadanie u Diany i przyjechali tak, żeby Mały zdążył tylko na basen.
- Na którą ten basen? - spytałam
- Kwadrans przed południem.
- Zawiozę Gniewka. Chętnie sama popływam. Potem pójdziemy na ciasto czekoladowe. Będziecie mieli czas, żeby porozmawiać. Dziewczynki chyba nie rozumieją jeszcze sytuacji, więc nie będą podsłuchiwały. - próbowałam zaśmiać się i rozluźnić atmosferę, ale się nie udało, Jagna miała pokerowy wyraz twarzy od początku do końca tamtej rozmowy.
- Dziewczynkami zajęłaby się chętnie babcia. - skwitowała - Nie będzie jednak takiej potrzeby. - dodała. - Nie chcę rozmawiać z Szymonem.
- Jasne. - powiedziałam. Jagna przygotowała śniadanie. Zjadłyśmy w milczeniu z rzadka przerywanym uwagami na temat pracy i naszego szefa. Zgodnie stwierdziłyśmy również, że chyba jednak kolega Kostek i kolega kolegi Klaudiusz nie są parą, co więcej - są heteroseksualni, no, może bi.
Zasiedziałam się trochę u towarzyszki, nie chciałam zostawiać jej samej. Wyszłam po dziewiątej, stwierdzając, że pewnie niebawem powróci reszta rodziny.
Pojechałam do siebie, wykąpałam się i przebrałam w pędzie. Zadzwoniłam do Wincentego, nie odbierał, zadzwoniłam do kliniki, Syntia poinformowała mnie oficjalnie, że Teo będzie gotowy do wypisu po kontroli popołudniowej, to jest najwcześniej o 15:30. Stwierdziłam zatem, że pojadę do pracy.
Oprócz Offi nie było jeszcze nikogo, mimo dość późnej pory (10:20).
- Środa. - odpowiedziała na moje zapytanie o resztę ekipy, poza Jagną oczywiście, jeśli bowiem chodziło o Jagnę to właśnie dostarczałam sekretarce jej zwolnienie lekarskie. - Pozdrów ją ode mnie i niech się kuruje biedaczka. - rzuciła troskliwa Offi po przeczytaniu druczku, który jej podałam.
- Dziękuje, przekażę. - weszłam do siebie, odpaliłam monitory, wyszłam, zrobiłam kawę i postanowiłam zrobić coś z moimi planami zawodowo-seksualnymi.
Pogadam z Szefo, jak się zgodzi na Włochy to jadę, jak nie to olewam to. Wszystko mi jedno. Niech los, a właściwie Pan i Władca Szanowny Profesor zadecyduje.
Postanowiłam. Zerknęłam na zegarek. Zawsze w środy Szef pojawiał się po 12:00. Rano miewał basen i hiszpański. Tak, postanowił nauczyć się w końcu jakiegoś języka obcego porządnie. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że nie jest to związane z jego ambicją, ale chęcią zaimponowania kochance, poznanej na meetingu w San Sebastian. Ten facet był naprawdę dziwny i wyrachowany, chyba w najgorszym tego słowa znaczeniu. Nie dość, że zdradzał żonę to jeszcze zapisał się na kurs hiszpańskiego razem z nią. Poszerzali wspólnie horyzonty językowe, po to żeby on swobodnie mógł dyskutować (dyskutować to chyba jednak za dużo powiedziane) z młodą Adaliną. Nie była to jednak moja sprawa. Zabrałam się do pracy. Nie szło mi za dobrze. Myślałam o Jagnie, o Teo, o Filipie i o Wincencie. Eh...., wszystko to jest posrane.
12:15, przyszedł Szefu.
- Dzień dobry. - krzyknął radośnie od progu. Humorek dopisuje. - Magdaleno, zapraszam do mnie za 10 minut. Seleno, poproszę kawę, jeśli Magdalena reflektuje to poproszę dwie. Do mojego gabinetu. Za 7 minut. Dziękuję. - i wszedł do siebie.
Te jego 3 minuty, 7 minut, 12 minut. Jakby nie mogło być 5, 10 i 15!
- Robi się. - mruknęła Selena.
Wychyliłam głowę z mojej kanciapy. - Ja dziękuję Offi, właśnie sobie zrobiłam. - poinformowałam sekretarkę. Offi była prześliczną kobietą. Początkowo Kostek rozsiewał ploty, że właśnie dlatego Szefu ją zatrudnił, bo ponoć miał słabość do długonogich, ciemnowłosych, ciemnookich młodych kobiet gdzieś z południa Europy, co z resztą zgadzałoby się z ówcześnie trwającym zamiłowaniem Profesora do Adaliny. Nie zgadzało się jednak zupełnie jeśli chodziło o Selenę. Fakt, w jej żyłach płynęła częściowo hiszpańska krew, tata był Polakiem, a mama Hiszpanką, ale zatrudniona została nie za swoją czarującą aparycję i powiew gorącego, radosnego południa, który roztaczała wszędzie tam, gdzie pojawiała się choćby na chwilę, a za mega mózg. Tak, Ofii była, i wciąż jest, mądra, nieludzko sprytna, świetnie zorganizowana oraz zabawna. Mówiła biegle w trzech językach i przeczytała chyba wszystkie książki świata. Szefu próbował wciągnąć ją nawet w nasze prace naukowe, ale ona zdecydowanie i uparcie twierdziła, że to nie dla niej, że nie kręci jej ten cały wyścig szczurów, pogoń za punktami, wychwalanie się pod niebiosa, wieczny stres oraz poczucie, że wszystko co ma do zrobienia było na przedwczoraj. Tak, Offi posiadała taki stosunek do pracy naukowca już po pierwszym miesiącu spędzonym w naszym zakładzie. W zasadzie odczucia te były słuszne, nasz Szanowny Profesorek wprowadzał szaloną, często niezdrową atmosferę. Potrzeba było lat, aby się na to uodpornić i po prostu robić swoje.
Poszłam do jego gabinetu.
- Mogę?
- Wejdź. Usiądź.
Siadłam.
- Mamy środę, jedenasty dzień miesiąca Magdaleno. - powiedział i czekał na moją reakcję. Eureka! Proszę Państwa, dziś jest jedenasty maja. Wow!
- Tak Profesorze. - odpowiedziałam.
- Za dwa tygodnie jest spotkanie w Warszawie, w siedzibie NCBR. Rozumiem, że pojedziesz. Jagna chora. - powiedział zupełnie nie pytająco. - Pisałaś o DOMS'ie. Jeżeli organizatorzy przyjmą Cie mimo spóźnienia, możesz jechać. Zrobimy delegację z GREAT'a.
- Dziekuję. - powiedziałam tylko. Tak po prostu? Mogę jechać na warsztaty mimo, że w tym roku mam tyle meetingów? I zapłaci mi ze swojego grantu? Bez żadnego ale?! Niemożliwe! Coś się pod tym musi kryć. - Zacznę zatem załatwiać formalności z Seleną. Spóźnienie na DOMS'ie jest na pewno akceptowalne, gdyż organizatorzy oferują nawet wykupienie jednego, wybranego dnia na kursie.
- Dobrze. - powiedział Szef.
- Czy to wszystko? - spytałam.
- Tak, Magdaleno.
Dziwne. Naprawdę dziwne.
Podniosłam się z krzesła i skierowałam ku drzwiom.
- Yhm.. - chrząknął Pan i Władca
Aha!
- Jeszcze jedno, Magdaleno. - rzucił. - Pamiętaj aby w prezentacji w Warszawie, tej o naszym projekcie, zawrzeć informacje o waszym ostatnim artykule i konferencji w Hiszpanii z zeszłego tygodnia. No i wspomnij też o tym, ze w ramach GREAT'a jedziesz na DOMSa. - powiedział nie patrząc już na mnie tylko na sztucznie rozrzucone na biurku papiery.
Mam cię! Co za baran!
- Prezentacja? - spytałam. - Ja mam przedstawiać pański projekt?
- Oczywiście. Ty i Jagna jesteście moimi prawymi rękami. - to mówił już patrząc mi prosto w oczy. - Mam dwie prawe ręce. - zachichotał, mnie jednak nie udzielił się jego nastrój, a beznadziejny żarcik kompletnie nie rozśmieszył.
- Dobrze, Profesorze. Następnym razem proszę o informowaniu mnie o planowanych dla mnie publicznych wystąpieniach w pana imieniu, z większym wyprzedzeniem. Wracam do pracy. - powiedziałam i wyszłam.
Byłam wściekła. Rzucałam piorunami chyba samym spojrzeniem, bo Offi aż wstała kiedy przechodziłam obok niej i spytała czy wszystko w porządku.
- Patałach. - powiedziałam tylko i poszłam do siebie.
Frajer. On to dopiero jest hipokrytą! Prawe ręce! W dupę wsadź sobie te swoje kończyny i nie waż się przypisywać nam ich roli. Dureń. Milusi jak czegoś chce w zamian, wtedy zgadza się na wszystko. Opłaci mi DOMS'a z GREAT'a! Oczywiście! Pojadę przecież na ważne zgrupowanie, powychwalam projekt, któremu on dowodzi, powiem, że biedaczek jest tak zajęty, że nie może sam przybyć i popisać się swoją elokwencją oraz wspaniałymi pomysłami naukowymi, dodam jeszcze że mnóstwo publikujemy, opowiem o ostatnim artykule autorstwa mojego i Jagny oraz o naszym sukcesie w Hiszpanii. Cud, miód i malinki. Za to jest w stanie opłacić mi jedne z najdroższych warsztatów modelarskich na Świecie oraz pobyt w super hotelu. Biorę nocleg w Najmrocie, a niech buli!
Jak już się uspokoiłam, poszłam do Offi i załatwiłam wszelkie formalności związane z moimi dwoma zbliżającymi się wyjazdami.
W całym tym zdenerwowaniu zapomniałam, że decyzja podjęła się sama i niebawem czekało mnie spotkanie z Filipem. Gdy sobie to uzmysłowiłam, zrobiło mi się gorąco.
Do końca dnia pracy nie spotkałam już Szefa. Słusznie nie wchodził mi w drogę. Wyszłam chwilę po 15, by punkt 15:30 czekać już w poczekalni kliniki Wincentego. Syntia poinformowała mnie, że doktor Aleksander badał Teo i zrobi wypis. Wincenty natomiast wyszedł już do domu nie czekając na mnie. To ostatnie zdanie wypowiedziała powoli, głośno i wyraźnie. I znowu była całkiem miła.
Co za kobieta.
Czekałam. Doktor Aleksander, starszy, sympatyczny, dobrze mi znany weterynarz przyniósł Teo na swoich rękach i tłumaczył co i jak głaszcząc czule mojego Zwierzaczka. Gdy przekazał już wszystko, polecił podpisać kilka dokumentów i oddał Teo w moje ręce. Byłam przeszczęśliwa! Spytałam o opłatę. Powiedział, żebym się nie wygłupiała. Nalegałam, ale nie chciał wystawić mi rachunku. Rzuciłam, że nie odpuszczę i zamęczę tą kwestią Wincentego. Doktor Aleksander uśmiechnął się, a Syntia chyba ponownie wkurzyła.
A więc to tak. Wini czuły punkt tej oto damy. Czyżbyś była zazdrosna moja droga?
Poczułam namiastkę dziwnej satysfakcji.
Zabrałam Teo do domu. Po drodze zapukałam do Moniaka. Nie otwierał. Siedząc z Teo na piersiach i oglądając serial, próbowałam dodzwonić się na zmianę do Jagny i Wincentego. Żadne z nich nie odpowiadało i o ile w przypadku Pieniążka nie miałam zbytnich powodów do zmartwień o tyle w przypadku Jagny miałam ogromne. W końcu dodzwoniłam się na domowy do Króli.
Odebrał Gniewko.
- Mamusia robi nam ciasto. - powiedział
- Super. A jakie? - spytałam.
- Czekoladowe.
- Pychota.
- No. - rzucił Gniewko wesoło.
- A co tam u ciebie Gniewoszu?
- Dobrze ciociu. Miałem dziś wyjątkowo wolne od lekcji. Ale na basenie byłem. Z tatą. To znaczy z grupą, ze szkoły, ale tata pojechał ze mną, też pływał. Zostaliśmy dłużej i uczył mnie klasyka.
- O, super.
- No, tata to mistrz. - powiedział dumnie Mały.
- Tak, nie wątpię. - odpowiedziałam.
- Przyjedziesz do nas ciociu?
- Jasne, pewnie. Tylko umówię się najpierw z mamą. Ok?
- Ok. Powiem, żeby do ciebie zadzwoniła, ale dopiero jak skończy ciasto.
- Cwaniak.
Zachichotał.
- W takim razie czekam na telefon od Jagny. Trzymajcie się. - rzuciłam na do widzenia.
- Pa, ciociu.
Rozłączyłam się.
Tata jest mistrzem. Dla tych dzieci tata jest prawdziwym mistrzem, głową rodziny, bohaterem, opiekunem i kompanem do zabawy, specjalistą od zapiekanek i najlepszym przyjacielem. Tatą, nie ojcem! Tatą, stuprocentowym tatą! Jagna mu wybaczyła, dla dzieci, jestem tego pewna. Te dwa lata temu wybaczyła mu po to, aby dzieci były szczęśliwe, a czas pokazał, że w tym wszystkim i ona znowu potrafiła zaznać szczęścia. Uwierzyć, zaufać, odbudować to co zostało zrujnowane i dobudować nowe. A teraz co? Powtórka z czarnej rozrywki? Dlaczego tak się stało? Po co ta durna baba znowu pojawiła się w ich życiu? Nie wierzę, żeby Szymon przez cały czas grał na dwa fronty. Nie wierzę, że skrzywdził Jagnę więcej niż tamten jeden raz. Nawet w ten jeden raz trudno było uwierzyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz