Opowiadam Wam

wtorek, 9 lutego 2016

#15

Nie wiem ile czasu mineło.
Usłyszałam głos Wincentego.
- Magdaleno, chodźmy już.
Hmm....Magdaleno. Poważny szept. Poczułam się dziwnie. Jego głos znowu wzbudził we mnie dreszcz. Stare, och stare dzieje. Wtedy jednak, gdy tak siedziałam na krześle obok Teodora, głos Jego wybawcy wskrzesił we mnie namiastkę pożadania. To zapewne z wdzięczności. Podziwu. Na pewno.
Zerknęłam na niego przez ramię, ciągle siędząc tyłem do drzwi wejściowych.
- Musimy już iść? - spytałam.
- Teo jest w świetnych rękach. Chodźmy. Zrelaksujesz się, odpoczniesz.
Siedziałam w milczeniu. Wpatrywałam się w malutki organizm, leżacy na długim stole. Mój organizm! A przynajmniej jego część. Teo, musisz się wylizać!
- Wyliże się, spokojnie. - powiedział weterynarz. Stał już przy mnie i delikatnie położył dłoń na mojej dłoni.
Czy ja powiedziałam to na głos?
Spojrzałam zmieszana na Wincentego. 
- Co mu jest?
- Ciągle go badamy, jego próbki są w laboratorium. Na pierwszy rzut oka wygląda to na silne zaburzenia nefrologiczne. Jego układ wydalniczy nie pracuje najlepiej, niestety.
- Dokładniej, co masz na myśli Wincent?
- Nie martw się, nie jest tak, że nie możemy mu pomóc. Okazu zdrowia to nasz Teo nie stanowi, ale sytuacja nie jest beznadziejna. Wszystko, co póki co zauważyliśmy można leczyć, skutecznie leczyć. A to bardzo ważne.
Łzy poleciały mi po policzkach. Samoczynnie.
- Płaczesz? Och Magda. - szepnął pan doktor. Wypuścił trzymaną w ręku aktówkę, po sali rozszedł się delikatny huk, a Wincent przytuli mnie mocno do siebie. Silnie i stanowczo. Znowu poczułam dreszcz. Powinnam była się uwolnić z jego uścisku, ale tego nie zrobiłam. Trwałam tak przez chwile. Było przyjemnie. Chyba tego mi brakowało.
- Wszystko będzie dobrze. Obiecuję ci to. Spójrz na mnie. - ujął moją twarz w dłonie. - Obiecuję ci Magda, Teodor się wyliże. - Znowu przyciągnął mnie do siebie. - Dobrze, nie podam ci już dziś żadnych szczegółow dotyczących stanu zdrowia pacjenta. Porozmawiamy jutro na spokojnie. Ok?
- Kiwnęłam głową.
- Idziesz rano do pracy?
- Tak, idę. Muszę. Ale będę krócej.
- Jeśli ze względu na Teo to nie ma potrzeby. Ja będę tu od rana, zajmę się nim.
- Tak, chodzi o Teo i jest potrzeba.
Wincenty nie powiedział już nic. Uśmiechnął się delikatnie, schylił, podniósł aktówkę.
- Czekam w holu. - powiedział. Podszedł do Malucha, posprawdzał parę rzeczy. - Trzymaj się pacjencie. - rzekł i wyszedł nie zerkając już na mnie.
Pocałowałam Teo w łysy łepek. 
- Śpij dobrze i śnij o margaritcie. - powiedziałam do Zwierzaka żartobliwie. - Kocham Cię Teosiu. Walcz, proszę. - Wyszłam.
Całą drogę na nasze piętro pokonaliśmy z Wincentym w ciszy. Szłam ze zwieszoną głową wgapiając się w czubki swoich kapci. W pewnym momencie, już na schodach w naszej klatce Wincent wyraźnie zwolnił. Nie podniosłam wzroku. Wypatrzył pewnie zostawioną przeze mnie krew na ścianie. Nie skomentował. 
Dotarliśmy przed drzwi, każde z nas przed swoje. Oddałam Wincentemu jego klucze. 
- Spokojnej nocy sąsiadko. - powiedział Wini.
Sąsiadko?
- Spokojnej nocy. - odpowiedziałam udając, że nie zrozumiałam aluzji. - Bardzo Ci dziękuję Wincenty. Dziękuję, że zająłeś się Teodorem.
- Wiesz, że nie masz za co.
- Dziękuję mimo to.
Staliśmy w progach mieszkań usytuowanych naprzeciw siebie. Cisza. Żadne z nas nie zamknęło drzwi. Pożyczyliśmy sobie spokojnych nocy, a to przecież jak do widzenia. Z tym, że nikt jeszcze nie zakończył widzenia ówcześnie trwającego.
- Może kawa w podzięce? - zapytałam niespodziewanie. Kolejne dziwactwo, ale naprawdę miałam ochotę, żeby przyszedł na kawę.
- Będę za parę miut.
- Ok, nie zamykam drzwi.
- To akurat ostatnio masz w zwyczaju. - powiedział uśmiechając się. Nie zdenerwowało mnie to ani trochę. Eh, ta wdzięczność.
Weszłam do mieszkania. 
Postanowiłam nie zerkać do pustego terrarium. Oh Teo, jak ja bardzo ciebie potrzebuję!
Ściągnęłam kapcie i skarpetki. Te drugie wrzuciłam do pralki. Uwielbiałam chadzać boso po mieszkaniu. Będąc w łazience spojrzałam w lustro po czym stwierdziłam, że wyglądałam strasznie. Przemyłam twarz, uczesałam włosy i wyszłam kierując się do kuchni, by włączyć ekspres. Sąsiada jeszcze nie było.
Sąsiada...
Włączyłam, odczekałam chwilę, kliknęłam na dwie duże dla siebie. Sprzęt przez chwilę cicho pomrukiwał po czym w mieszkaniu zaczął unosić się jeden z najcudowniejszych zapachów świata, aromat kawy. Nie szczędziłam kasy na ekspres i nigdy nie żałowałam jej również na różnorodne zakupowane paczki kawy, zatem woń w moim domu przy parzeniu czarnego afrodyzjaku była zawsze naprawdę wspaniała. Odstawiłam swój, już gotowy napój i podstawiłam kubek Wincentego, duża, klik, potem mała, klik. Podczas całego tego procederu wpatrywałam się w okno. Stałam zwrócona do niego prawym bokiem swego ciała. Na dworze było już, rzekłabym, ciemnawo. Prawie 21 w środku wiosny. Wiosna. Nawet nie zauważyłam kiedy przyszła. A to już trzydziesta szósta w moim życiu. Uśmiechnęłam się do siebie. Jeszcze jakiś czas temu nie sądziłam, że takowej dożyję. 
Odstawiłam kubek Wincentego. Posłodziłam mu dwie łyżeczki, pomieszałam i postawiłam oba gorące napoje na ławę. Sama siadłam na narożnik. Wincentego ciągle nie było. Kolejna dziwota. Jak Wini mówił parę minut to parę minut, a nie dwanaście. To, w jego ustach, byłoby już 'kilkanaście'. No nic, czekałam, myślałam o Teosiu i o tym jak bardzo jestem wdzięczna losowi, że mieszkam naprzeciw weterynarza, profesjonalisty, człowieka ze stopniem doktora w swej dziedzinie, naukowca i pasjonaty. Te dwie ostatnie charakterystyki niegdyś sprawiały, że rozumieliśmy się idealnie.
Klamka poruszyła się. Wszedł Wincenty, przebrany w dres, ciemnogranatowy dres, zestaw, który posiadał od lat. Bardzo dobrze mi znany zestaw. Zamknął drzwi przekręcając na patent.
Obserwowałam go bacznie. Zrobił to, bo owo wynikało ze zwykłego wyuczonego odruchu zamykania drzwi do mieszkania nie tylko swojego lub planował zostać na noc. O dziwo, znowu, nie przeraziła mnie ta druga myśl, co więcej, wywołała kolejny dreszcz. Opanuj się!
- Czołem Sąsiadko.
- Czołem Sąsiedzie. - dlaczego odowiadałam tak, jakbym wpisywała się w konwencję jego myśli, to znaczy tych konkretnych myśli, na które wszystko wskazywało, że je właśnie gnieździł wtedy w swym umyśle.
Usiadł na narożnik, nie na fotel, przy którym ustawiłam jego kubek. Przysunął kawę do siebie. Nie zapytał czy słodziłam, czy mieszałam, wiedział, że tak.
Przeszedł mnie kolejny dreszcz. Tym razem pożądny. Tego typu scenariusze przerabialiśmy z Wincentym juz niejednego wieczora, niejednej nocy.
- Jak się czujesz?
- Myślę o Teo.
- Wiesz, że mam na niego baczenie.
- Wiem, wiem. Dziękuję.
- Już dziękowałaś. Nie ma za co.
- Ha, ty też już to mówiłeś. Przestań Wincenty, jest za co. Bardzo jest za co. Zareagowałeś natychmiast. Gdyby nie ty, nie wiem co mogłoby się wydarzyć. - zamilkłam. - Właśnie, co mogłoby się wydarzyć gdyby na przykład nie było cię w domu? - kontynuowałam. - Gdyby Maluch musiał czekać aż dojedziemy do innej lecznicy? Co byłoby gdyby upłynęło więcej czasu?
- Magda, nie nakręcaj się i przestań gdybać. Na szczęście los nam sprzyjał i znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. - powiedział. - I nie rozmyślaj już, nie analizuj! - dodał stanowczo widząc, że próbuje powtórzyć swoje pytania.
Ugryzłam się w język. Nie zadałam ich ponownie. Patrząc na rekację lekarza odpowiedź była chyba oczywista. Sięgnęłam po kubek, łyknęłam kawę. Sąsaid sięgnął po pilota, włączył cicho telewizor. Panoszył się. Jak ja nienawidziłam, gdy on się panoszył, ale w tamtym momencie wkurzyło mnie to tylko odrobinę. Przełączał kanały, ustawił na muzyczny. 
- Może być?
- Tak, jasne.
- A poza Teodorem, co słychać u ciebie?
Zmieszałam się lekko. Chyba wyczuł moje zdenerwowanie i zaczął przyglądać mi się wzrokiem prześwietlającym moje ciało. 
- E.., takie tam, różne sprawy, trochę pracy, trochę zamieszania. Jakoś leci. A u ciebie?
- Zamieszania w pracy? 
- Też. A u ciebie? - odpowiedziałam krótko i szybko ponowiłam pytanie by odwrócić uwagę od swojej osoby.
- W porządku.
- Aleś ty wygadany. - powiedziałam i od razu tego pożałowałam. Jak ja mogłam komentować brak rozwiązłości rozmówcy na temat swoich personaliów. Ja! Hipokrytka!
- Nie bądź hipokrytką Magdaleno - powiedział Wincenty i przysunął się do mnie bliżej, blisko, bardzo blisko.
Czy ja znowu powiedziałam to na głos?
Twarz Sąsiada znajdowała się milimetry od mojej twarzy. Patrzył mi głeboko w oczy. Dokładnie wiedziałam co za chwilę miało się stać. Tok wydarzeń znałam na pamięć. Mogłabym w tamtym momencie śmiało nazwać się prorokiem. Mimo świadomości przyszłości, która za chwilę miała się odbyć ani drgnęłam, nie zrobiłam nic, by przestać, by nie pozwolić jej nastąpić. Czekałam. Ba! Chyba nawet doczekać się nie mogłam.
Wincenty silnie przyciągnął moją twarz łapiąc mnie za szyję, przyszpilił nasze wargi do siebie i znajdując językiem szparę w moich wsunął go w jamę ustną przynależną memu ciału. Początkowo kompletnie nie protestowałam. Po chwili przyszło jednak opanowanie, któro powinno było od samego początku dominować w całej tej scenie. Oderwałam się od amanta. 
Wincenty spojrzał na mnie lekko zmieszany, ale postanowił próbować dalej i spytał, tak jak pytał kiedyś:
- Mogę sąsiadko?
Poczułam jak moje ciało robi się wiotkie. Odstawiłam, ciągle ściskany w dłoni kubek z gorzkim czarnym płynem. Wzięłam głęboki oddech.  
Jednak on jeszcze na mnie działa. 
Z tym, że to działanie nie było tak przejmujące, tak ogólnie mną zawładniające jak działanie innego, poznanego niedawno mężyczny. 'Poznanego' to zbyt dużo powiedziane. Filip. Przypomniałam sobie o Filipie.
- Nie, Wincenty, nie możesz. - usłyszałam własne słowa, słuszne słowa.
Patrzyłam mu prosto w oczy i widziałam jak stopniowo ulatnia się z nich uśmiech, a wkarada smutek, może rozczarowanie. O co w tym wszystkim chodzi?
- Wini, co się dzieje? Zakończyliśmy relacje pan - pani z naprzeciwka już dawno temu. Co to zatem miało znaczyć? Dlaczego próbujesz do tego wracać? - Czułam się okropnie wypowiadając te słowa. Bądźmy szczerzy, tamtego wieczora myśl o naszych 'sąsiedzkich' zbliżeniach nie raz przebiegła mi przez głowę. Jednak byłam w stu procentach pewna, że nie chiałam, by to powróciło, mimo że, jak się wtedy okazało, sąsiad wciąż na mnie działał. Pokłady pożadania nie wymarły definitywnie. A może wymarły, może za wszystkim stoi tylko wdzięczość, ogromna wdzięczność.
Minęła chwila. Wini uśmiechnął się do mnie i ja też wykrzywiłam usta w podobnym grymasie.
- Przepraszam, Magda, myślałem, że ty też tego chcesz. - próbował powiedzieć to tak, jakby zupełnie nic się nie stało.
- Nie, nie chcę, Wincenty, nie chcę. - powiedziałam szczerze. - Dlaczego pomyślałeś inaczej? - kontynuowałam.
- Jesteś ostatnio jakaś nieswoja, jakby zagubiona i tak dziwnie ze mną rozmawiasz. A dzis na schodach wręcz promieniowałaś energią, jakbyś odrodziła sie na nowo, coś przemyślała, podjęła jakieś ważne decyzje. Sam nie wiem, ale twoje zachowanie dziś, w porównaniu z tym po powrocie z Hiszpanii, było bardzo pozytywne, muszisz przyznać.
- Tak, to prawda, ale co to ma wspólnego z naszą historią, minioną już historią.
Wincenty znowu jakby posmutniał.
- Wiesz, że zawsze trafnie odczytywałem twoje nastroje.
- Yhm. I co w związku z tym? - dociekałam.
- No nic, po prostu, byłaś taka wesoła, próbowałaś pocieszać mnie, a potem ta przykra sytuacja z Teo. Nie opierałaś się jak tuliłem cię w kilnice, mówiłaś do mnie 'sąsiedzie'.
- Byłam smutna, jestem smutna z powodu stanu zdrowia Teodora, a ty przytuliłeś mnie jako kumpel, a nie kochanek, na litość boską! Poza tym, przecież ja często mówię do ciebie 'sąsiedzie'! - powiedziałam stanowczo jednym tchem.
- Tak, ale ja nie mówię już do ciebie 'sąsiadko', no chyba, że przez przypadek. Dziś jednak mówiłem to intencjonalnie, chciałem sprawdzić czy podążysz moim śladem.
- Ach tak. - szepnęłam.
- Tak. I podążałaś! Nie używałaś nawet moich ksyw, przez cały wieczór. Magda, myslałem, że osiągnęliśmy, sam nie wiem jak to nazwać..... pozrozumienie. Zaprosiłaś mnie na kawe, była już gotowa jak przyszedłem. Zamknąłem za sobą drzwi na patent. Ubrałem się w dres, Magda, w ten dres, a ty uśmiechnęłaś się. Gdy wszedłem do mieszkania siedziałaś tam, gdzie zawsze i tak jak zawsze. Porządziłem się wybierając kanał telewizyjny, nie skomentowałaś, nie przeszkadzało ci to. Wszystko wyglądało tak jak podczas naszych wieczorno-nocnych spotkań! Wszystko! - niemalże krzyknął.
Nie powiedziałam nic. Wpatrywałam się w swoje dłonie.
- Usiadłem, dzielił nas milimetrowy dystans, spojrzałem ci w oczy, a ty nie zaprotestowałaś. Co więcej, czułem jakbyś mnie zachęcała. - przerwał, złapał głośno powietrze. - Więc cię pocałowałem, spróbowałem rozpocząć tę grę od nowa i popraw mnie jeśli się mylę, ale miałem wrażenie, że przyłączyłaś się do mnie, grałaś ze mną przez kilka sekund, a potem nagle boom. Game over. - zamilkł. - To ja powinienem zapytać co się dzieje. - dodał po cichu.
Chyba miał rację. Jestem bezczelna, samolubna, nie zapominając o drzemiącej we mnie hipokrytce, drzemiącej bardzo płytkim snem. Nie powinnam była go w ogóle zapraszać, nie powinnam była robić kawy i siadać na narożniku, nie powinnam była pozwolić usiąć Wincentemu. Zrobiłam wszystko tak jak kiedyś, ma rację. Usilnie próbowałam znaleźć coś ewidentnie zaprzeczającego intencjom, które odczytał Wini, szukałam dowodu, absolutnego dowodu na to, że nie chciałam, aby tamten wieczór wyglądał tak jak nasze niegdysiejsze erotyczne schadzki. 
- Kubek! - krzyknęłam. - Postawiłam twój kubek przy fotelu, a nie przy narożniku obok mnie.
Tak, to było to! Ulżyło mi. Nie chciałam tego wszystkiego. Mam dowód dla Wincentego i ... dla samej siebie.
Przecież w czasie tamtych wieczorów, podczas namiętnych gier wstępnych wszystko zawsze zaczynało się tak samo. Za każdym razem robiłam kawę, a Wincenty przychodził na gotową. Za każdym razem siedziałam na narożniku i czekałam robiąc miejsce dla niego obok siebie. Stawiałam nasze kubki jeden przy drugim! Za każdym razem sąsiad przywdziewał dres, który ja uwielbiałam. Zachowanie to było celowe. Widząc go bowiem kiedykolwiek, na klatce schodowej czy na osiedlowym podwórzu w tym właśnie stroju, uginały się pode mną kolana i wiedziałam, że nocą amant stanie w drzwiach mego schronu. Dla niego wrota piętnastego mieszkania, w tamtym czasie, były otwarte praktycznie zawsze.
- Och Magda. - powiedział Wincenty. Posmutniał jeszcze bardziej. Załamał ręce. Był rozczarowany. A może zraniony? - Pójdę do siebie. - stwierdził.
- Wnini, poczekaj.
- Nie, porozmawiamy innym razem. - rzucił. - Jestem zmęczony. - skłamał. - A ty połóż się spać.
- Jesteś pewien, że chcesz wyjść?
- Tak, pójdę już. - powiedział i skierował się do drzwi. Stał już w progu, obrócił się, zerknął na mnie. Nie widziałam dokładnie jego twarzy, w pokoju panował półmrok. Tak jak kiedyś... notabene.
- Dobrej nocy moja dawna Pani z naprzeciwka. - szepnał.
- Przyjdę do Teo około trzynastej. - powiedziałam próbując brzmieć jak najbardziej naturalnie. - Śpij dobrze Bilonie. - dodałam celowo. Zrozumiał. Wyszedł i zamknął za sobą drzwi.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz