Opowiadam Wam

sobota, 20 lutego 2016

#16

'A Ty się połóż'
No to się położyłam.
Chyba naprawdę jestem hipokrtyką w każdym względzie. Pomyślałam leżąc już w łóżku. Centy mógł odnieść mylne wrażenie, że zachęcam go do tego, aby się do mnie dobrał. A ja przecież nie zachęcałam. Taką mam nadzieję, szczerą nadzieję.
- Pomyślał tak, bo co? Bo powiedziałam do niego per sąsiedzie? Mówię tak często. Bo uśmiechnęłam się jak wszedł w tamtym dresie? No fakt, umiechnęłam się i co z tego? - mruczałam sama do siebie. - Eh, Wini, Wini.

Obróciłam sie na ulubiny bok, zmówiłam modlitwę za zdrowie Teodora, zawsze modliłam się na leżąco, i zapadłam w głęboki sen.
Budzik zadzwonił o 5:45, ale ja już od kilkunastu minut nie spałam, leżałam wgapiając się w ciemną jeszcze przestrzeń za oknem.
Zapomniałam zasłonić roletę, co zdarzało mi się dość często. Na zewnątrz wydawało się być tak spokojnie. 
Hmm, spokój. Czy jest ktoś, ktokolwiek na Świecie, kto może powiedzieć, że ma spokój? Chyba nie. Nawet dzieci, te najbardziej szczęśliwe i beztroskie nie mają spokoju. Zawsze przecież jest coś o co się martwią: czy mama z tatą pozwolą na oglądanie filmu do późna, czy kupią wymarzoną zabawkę, czy aby na pewno dziś przyjedzie babcia albo czy Kasia obraziła się na serio czy tylko udaje...?
- Każdy ma jakąś rozterkę, każdy. - powiedziałam na głos i z takim przesłaniem na tamten dzień wstałam z łóżka. Och, jak bardzo się nie myliłam. Niestety.
Ogarnęłam się ekspresowo i wyszłam do pracy. Pojechałam autem, żeby jak najszybciej znaleźć się u boku Malucha po wypełnieniu swoich obowiązków na wydziale. Zaparkowałam i skierowałam się do drzwi budynku. Weszłam, pobrałam klucze.
- Pani Jagny jeszcze nie ma. - odrzekł portier Grzegorz na moje 'dzień dobry'. Zawsze informował jedną z nas o tym czy ta druga już była na górze, mimo, że nigdy go o to nie pytałyśmy. Gdy natomiast przychodziłyśmy razem witał nas zdaniem 'A panie dziś wspólnie rozpoczynają odbębnianie swych roboczogodzin'. Nie komentowałyśmy jego wypowiedzi i chyba właśnie dlatego sobie na nie pozwalał. Pan Grześ znany był z tego, iż uważał naukę jako branżę za którą nie powinien stać żaden państwowy zasób finansowy. Sam natomiast po każdym zakończonym miesiącu pracy, zapewne bez mrugnięcia okiem, pobierał swoją pensję właśnie z tego państwowego zasobu finansowego przeznaczonego na administrowanie i utrzymanie naszego wydziału. Takie wydatkowanie pieniędzy podatników było według niego, jak widać, słuszne.
- No bo po co płacic za wypisywanie jakiś tam artykułów, skoro nikt tego nie czyta. Przecież to nawet nie jest po polsku. - mawiał. - No chyba, że cała ta nauka czemuś służy, jak to jest na przykład w medycynie. Tam to, ci wysoko powinni kasę ładować, a nie tu dla tych co tylko fotele dupami wygniatają.
Tak, tak, takie dokładnie słowa usłyszałam osobiście z ust sławetnego wydziałowego portiera Pana Grzesia, który pracował u nas w tamtym momencie już od dwudziestu lat. Słowa te wypowiadał do zmieniającej go Pani Lidii, nowej portierki, która była prawdziwą kobietą pracującą. Imała się każdego zadania, a etat na wydziale był jej drugim. Pierwszy natomiast to, uwaga, położna. Pani Lidia była z wykształcenia położną, aktywnie wykonującą swój zawód w prywatnej, znanej w mieście klinice. Pieniędzy miała zapewne w bród, bo ponoć słynęła z profesjonalizmu i szanowana była bardzo w swoim środowisku. Dlaczego podjęła zatem pracę na uczelni jako portierka? Nie miałam pojęcia. Momentami myślałam o niej nawet jako o wariatce, bo po co zarywać noce i brać trzecią zmiane, by strzec wydziału, skoro zarabia sie dobre pieniądze w zawodzie, który sie kocha. Co więcej, kto jak kto, ale lekarz, pielęgniarka czy położna powinni chodzić do swej pracy wypoczęci. Nie chciałabym rodzić pod okiem położnej Lidii, która jeszcze parę godzin wcześniej, w środku nocy robiła obchód w ośmiokondygnacyjnym budynku sprawdzając każdy zakamarek, zamiast spać smacznie, by przygotować się do zadań, których powodzenie determinuje ludzkie zdrowie czy nawet życie. Takie było moje zdanie i chyba w związku z powyższym wolałam wysłuchiwać dość prostackich opinii Grzegorza, nie reagując na nie zupełnie, niż fałszywie uśmiechać się na Lidiowe 'dzień dobry'.
Podeszłam do windy. 
- Nieczynna? - spytałam sam siebie.
Świnia Grzegorz nie raczył mnie nawet poinformować. Niepotrzebnie lazłam w tę stronę korytarza.
Weszłam na górę schodami. Otworzyłam zakład. Byłam pierwsza. Rozebrałam się, włączyłam monitor, nastawiłam wodę, umyłam ręce, zasiadłam do swojej maszyny. Wciągnęłam się w wir pracy bez sprawdzania portalu społecznościowego ani wiadomości, zerknęłam tylko na skrzynkę mailową, by stwierdzić że była pusta, i w międzyczasie zaparzyłam sobie kawę. Robota paliła mi się w dłoniach i umyśle. 
Jak dobrze.
Chyba wspominałam już, że uwielbiałam takie momenty.
Minęły ponad cztery godziny. Przez ten czas zdążyli przywitać się ze mną: nasza sekretarka, szef, kolega Kostek i kolega kolegi Kostka, Klaudiusz. 
A Jagna?
- Gdzie jest Jagna? - spytałam w biurze.
- Nie wiem, myślałam, że ty mi powiesz. 
- Nic mi nie wiadmo, aby miała być dziś nieobecna.
- Mnie też o niczym nie informowała, a zawsze informuje. Czekałam na wiadomość do jedenastej. Nie odezwała się, więc sama ją zapytałam.
- I co?
- I nic. Bez odzewu.
- Dziwne. - rzekłam - Dzięki, jakbyś czegoś się dowiedziała, daj znać. - powiedziałam do Miss Ofiss, tudzież Office, wychodząc z jej gabinetu.
Wróciłam do swoich zajęć, ale świadomość, że za chwile miałam zbierać się do Teo oraz rosnące zaniepokojenie o Jagnę nie pozwoliły mi się skupić. Zdecydowałam opuścić miejsce pracy. 
- Szefu u siebie? - spytałam ponownie w biurze.
- Wychodzisz? - odpowiedziała, a w zasadzie nie odpowiedziała, pytaniem na pytanie nasza sekretarka. Wywnioskowała słusznie, zwarcając zapewne uwagę na moje wierzchnie odzienie.
- Tak. Chciałam mu zgłosić.
- Jest na seminarium z magistrantami. Zejdzie mu gdzieś ze dwie, trzy godziny. Tak twierdził.
- Która sala?
- 052
- Ok, zajde i obwieszcze swoją ucieczkę.
- Wtedy to juz nie będzie ucieczka.
- Fakt. - przyznałam rację. - Do jutra Offi. - dodałam na pożegnanie.
- Do jutra. - usłyszałam w odpowiedzi.
Na korytarzu krzyknęłam jeszcze 'cześć chłopaki' do kolegi i kolegi kolegi i wyszłam. Po drodze wstąpiłam do 052, przeprosiłam i powiedziałam, że na dziś skończyłam. Szef mruknał coś pod nosem niezbyt zadowolony, ale nie chciał zapewne wszczynać dyskusji przy studentach. Wiedział, że nic by swym wywodem nie wskurał, wyszłabym niezależnie od tego, co by mi powiedział, no chyba, że zagroziłby mi zwolnieniem, ale tego raczej nie odważyłby się zrobić. Zatem, ewentualna próba zatrzymania mnie zakończyłaby się utratą autorytetu profesora w oczach młodych ludzi.
- Słucham? - zapytałam usłyszawszy jedynie jego mruczenie. - Mógłby profesor powtórzyć? Nie dosłyszałam.
- Do widzenia Magdaleno. - powiedział donośnie z przyklejonym fałszywym uśmieszkiem. Skradłam mu ów wyraz twarzy i przykleiłam do swojej wypowiadając 'do zobaczenia'. Opuściłam budynek. Jadąc do domu uświadomiłam sobie, że nie odpowiedział mi jeszcze na mojego maila, w którym wspomniałam o wyjeździe do Włoch. 
Jutro z nim porozmawiam. W sumie to sama już nie wiem czy tak naprawdę chcę jeszcze tam jechać. Nie mam teraz do tego głowy. Teo chory, Wini coś odwala i Jagna nie pojawiła się w pracy nie dając znaku życia, co do niej jest bardzo niepodobne.
Przed ruszeniem w drogę włączyłam zestaw głośnomówiący o czym w tamtej właśnie chwili sobie przypomniałam. Wybrałam numer do Jagny. Nie odebrała. Po minucie ponowiłam próbę. Nic. Na czerwonym zrobiłam to samo. Cisza, tzn. sygnał. Parkując pod domem wykonałam czynność raz jeszcze. Bez odzewu. Wyszukałam kontakt Szymona. Odebrał natychmiastowo. Nie byłam nawet pewna czy usłyszałam choćby dźwięk wybierania numeru, o sygnale połączenia nie wspominając.
- Tak? - usłyszałam męski, przyjemny, lecz jakby zdenerwowany głos.
- Szymon? - zapytałam bezsensownie. Oczywiście, że Szymon.
- Tak. Cześć Madziu.
- Hej. Dlaczego Jagna nie była dziś w pracy? Wszystko u was w porządku?
- Gusia źle się dziś czuje. Powinna trochę - odchrząknął - odsapnąć.
- Źle się czuje? Wczoraj nic jej nie było. Co się stało?
- Organizm odmówił jej posłuszeństwa.
- Jejciu. To coś poważnego?
- Mam nadzieje, że nie. - odpowiedział szybko Szymon. Był naprawdę zdenerwowany.
- Szymon, zaczynam się martwić. Co to znaczy, że masz nadzieję? Była u lekarza? 
- Nie.
- To niech idzie. - weszłam mu w słowo.
- Nie dałaś mi dokończyć zdania. Nie, nie była jeszcze. Ma wizytę na pół do drugiej.
- A, ok. - odetchnęłam. - Nie odbiera moich telefonów. - kontynuowałam. - Powiedz jej, że zadzwonię wieczorem, żeby sprawdzić co i jak. Albo może podjadę do was, co? Mogę?
- Wiesz, że zawsze możesz. - powiedział uprzejmie Szymon. - Tylko Jagna - odchrząknął ponownie - to znaczy, ciężko jej się mówi, nie wiem czy zamieni z toba choćby słowo.
- Ojej, no dobra, wirus jakiś czy co? To może dam jej dziś odpocząć i przyjadę jutro. Niech się kuruje bidulka. Napiszę najwyżej sms czy maila.
- Jak uważasz. 
- No dobra, jakby co to jesteśmy w kontakcie, a do towarzyszki zatekstuje. - powiedziałam wesoło.
- Ok. Zatekstuj. - odpowiedział ciągle zdenerwowany Szymon.
- To pa.
- Trzymaj się Madziu.
Coś jest nie tak. Szymon to niesamowicie dobry, uprzejmy i radosny człowiek. Poza porodem bliźniaczek, kilkoma poważniejszymi uszczerbkami na zdrowiu jego żony, operacją babci Kazi i moim być albo nie być, a raczej żyć albo nie żyć, nie widziałam go zdenerwowanego. Pewnie był jeszcze w takim stanie przy porodzie Gniewka, ale tego wydarzenia nie doświadczyłam osobiście.
Wyszłam z auta. Poszłam prosto do lecznicy. 
- Dzień dobry. - przywitała mnie rejestratorka Syntia, jak głosiła tabliczka nad jej prawą piersią.
- Dzień dobry, ja do żółwia, jest u państwa od wczoraj.
- Teodor?
- Tak. - poczułam sympatię do tej kobiety. Nie znałyśmy się. To znaczy, ja ją oczywiście kojarzyłam, bo bywałam w klinice w godzinach jej biurowego funkcjonowania. Częściej jednak pojawiałam się tu po znajomości, wieczorami, z Teodorem pod pachą, kiedy coś w jego zachowaniu zaczynało mnie niepokoić. Wini przyjmował nas zawsze. Zawsze.
On to ma dobre serce. Albo serce dla mnie. Nie, to niemożliwe. Odgoniłam myśli.
- Zapraszam ze mną. - na ziemię sporwadził mnie głos Syntii.
Podążyłam za rejestratorką.
Piękna kobieta. Co za pośladki. 
- To tutaj.
- Tutaj? Wczoraj był w innej sali. - powiedziałam zdziwiona wchodząc do wskazanego pokoju.
- Stan Teo diametralnie się zmienił, na lepsze oczywiście. Jest już w terrarium.
- Naprawdę? - obróciłam się w stronę rejestratorki. - Mogę go zabrać do domu?
- Myślę, że będzie musiał dla pewności być jeszcze obserwowany przez naszych specjalistów, ale szczegóły to już z doktorem. 
- Tak, tak, jasne, porozmawiam z Wincentym.
- O, państwo się znacie? - zapytała Syntia. Jej ton przybrał trochę ciekawski wydźwięk.
- Jesteśmy sąsiadami. - sprostowałam.
Syntia tylko lekko się uśmiechnęła.
- Zatem zapraszam do jego gabinetu jak już pani skończy odwiedziny u pacjenta. Doktor czeka na panią. - rzuciła kobieta, tym razem oschle.
O co jej chodzi? Tak zmienna jak i piękna.
Pomyślałam lekko poetycko. Nie powiedziałam nic do pani Syntii. Skierowałam się do terrarium Teosia. W pokoju było cieplutko i bardzo przyjaźnie. W prawym rogu sali pod oknem, naprzeciw Teo, który umiejscowiony został w rogu lewym, stało drugie terrarium, a w nim pusto albo ewentualnie malutki chomik schowany w domku z klocków lego, tak przynajmniej to sobie wyobraziłam. Podeszłam do Malucha.
- Cześć mój drogi. - powiedziałam najcieplej jak umiałam. - Jak się dziś czujesz? Słyszałam, że jest dużo dużo lepiej. - pogłaskałam go po głowie i szyi. Wyglądał na zupełnie zdrowego. - Tak się cieszę Teoniu, tak się cieszę. To wszystko zasługa naszego cudownego doktorka. Ciekawe czy będę mogła zabrać cię dziś do domu. Co? Jak sądzisz? - zapytałam Malca nie licząc na odpowiedź. A jednak ją uzyskałam. Z tym, że nie od zwierzaka.
- Wolałbym, żeby jeszcze te popołudnie i noc Teo spędził w klinice. - usłyszałam za plecami głos Wincentego. - I dziękuję za komplement. - dodał.
- Wini, cześć. - obróciłam się prędko i posłałam uśmiech do doktora.
- Cześć. - odpowiedział.
- Czekałeś na mnie. - powiedziałam. Na twarzy sąsiad pojawił się wyraz zmieszania. - Pani Syntia powiedziała, że czekasz, że mam się zgłosić w sprawie Teosia. - rzuciłam pospiesznie.
- Tak, tak. Chciałem przekazać ci informacje na temat jego stanu zdrowia i ustalić dalsze leczenie.
- A czy możemy porozmawiać tutaj, przy nim?
- Wolałbym w gabinecie. Muszę ci wszystko wytłumaczyć, pokazać, zapisać, co konieczne.
- Dobrze, chodźmy w takim razie. Załatwmy to szybko. Jeśli masz teraz czas oczywiście?
- Zapraszam. - powiedział Bilon i wskazał ręką drogę.
- Zaraz tu wrócę. - rzuciłam do Teo i poszłam wyznaczonym przez weterynarza szlakiem.
Faktycznie, rozpiskom i zaleceniom nie było końca. Okazało się, że to, iż z Teo było naprawdę dużo lepiej nie oznaczało, że jest dobrze. On ciągle był chory. Dostałam listę leków do podawania, instrukcje dotyczące przemywania i nawet najlepszej optymalnej dla niego temperatry otoczenia. Wincenty wspomniał, że to jakaś przewlekła choroba i Maluch musi być pod stałym nadzorem. 
- Jutro będziesz mogła zabrać go do domu. - powiedział na koniec swego monologu.
- Dużo informacji. Potrzebuje trochę czasu, by je przyswoić. - odezwałam się po chwili.
- Wieczory są jeszcze dość długie. Wykorzystaj je na dokształcanie. - dość sarkastycznie skomentował Centy. Ja natomiast od komentarza się powstrzymałam. Wstałam i skierowałam się do drzwi.
- Dziękuję ci za wszystko. Dozgonnie będę ci wdzięczna. Do widzenia.
- Wychodzisz już? - zapytał sąsiad.
- Pójdę jeszcze do Teo, posiedzę z nim, a potem tak, wychodzę. Nie będę już tu do ciebie zaglądać, nie chcę przeszkadzać ci w pracy.
Wincenty chciał chyba jeszcz coś powiedzieć, ale w drzwiach gabinetu pojawiła się rejestratorka ze srogą, już nie milutką, miną anonsując państwa Ołk z Bernardem.
- Tak, proszę, niech wejdą do zabiegowego numer dwa. - odpowiedział na jej anons weterynarz.
Uśmiechnęłam się tylko uprzejmie i zniknęłam z ich pola widzenia.
Zasiedziałam się u Teo, straciłam rachubę czasu. Chyba nawet przysnęłam przy nim na stołku dla odwiedzających. Po wyjściu od Malucha poszłam jeszcze do pobliskiego sklepiku. Do domu dotarłam koło szóstej.
Rozpakowałam zakupy, zrobiłam sobie kawę. Siadłam na narożniku i zadzwoniłam do Jagny. Nie odebrała. Napisałam sms i czekałam na odzew. Cisza.
Wypiłam kawę oglądając jakieś niezbyt absorbujące seriale telewizyjne. Poczułam głód. Przyrządziłam sobie rewelacyjne 'alawiosenne' kanapki, z dość sztuczną sałatą, mało smakowitymi pomidorami i pędzoną papryką, więc z prawdziwą wiosną miały wspólny jedynie kolor. Zawsze coś. Zasiadłam ponownie przed telewizor i zanim zdążyłam zanurzyć zęby w chlebie zadzwonił telefon. Zerknęłam. Jagna. Odebrałam natychmiast.
- No hej towarzyszko. - powiedziałam. - Co tam? Jak się czujesz? Lepiej już?
Nie było lepiej. 
- Jagna, halo? - odezwałam się ponownie. - Jagna co jest? Ty płaczasz?
Płakała. Bardzo płakała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz