Podeszłam do terrarium. Myśli o Filipie, warsztatach, podrzuconym ruloniku zniknęły tak nagle jak nagle cała ta sprawa zagościła w moim życiu.
- Teo! - krzyknęłam zupełnie nie kontrolując swojego zachowania.
-Teo! Błagam, nie! Błagam, tylko nie to! Teoniu! - Na zmianę szeptałam, mamrotałam i krzyczałam podnosząc Malucha, układając go delikatnie w ramionach. Złapałam koc i pobiegłam do drzwi wyjściowych. Dwie sekundy później byłam już u celu. Zakrwawioną dłonia zapukałam do wrót z napisem 16. Cisza. Zapukałam intensywniej. Cisza. Cała drżąc, płacząc i delikatnie przytrzymując Teodora przyłożyłam ucho do drzwi mieszkania Wincentego. Głucho.
- NO NIE! Nie możesz teraz SPAAAAĆ! - wykrzyczałam. Bez opamiętania, usilnie starałam się wywołać Bilona. Błagałam 'otwórz, proszę cie, chodzi o Teodora', 'Teo krwawi, pomóż', 'proszę, Wincent, proszę, wyjdź!'. Nawoływałam nieprzerwanie.
Podziałało.
Wincenty otworzył drzwi. Ubrany był już w swój 'poklatkowy' sweterek i cichobiegi, z kieszeni wystawał mu pęk kluczy. Podszedł do Teo, sprawdził podstawowe funkcje życiowe. Przejął go ode mnie i skierował się w stronę schodów.
- Na wieszaku w przedpokoju wisi klucz z zielonym brelokiem. Zamknij moje mieszkanie i chodź za nami.
Wykonałam polecenia. Pobiegłam. Pokonując kolejne stopnie poczułam jak nagle zrobiło mi się słabo. Oparłam się dłonią o ścianę. Krew. Zostawiłam odrobinę krwi na murze. Krwi Teodora. Oprzytomniałam. Maluchu! Musze byc przy Tobie. Muszę być cały czas.
Przyspieszyłam. Na parterze, tuż przy schodach skierowałam się w lewo. Biegnąc długim korytarzem modliłam się, by Wincenty zostawił uchylone drzwi. Nie miałam przy sobie swoich kluczy. Dzierżyłam w mocno zaciśniętej dłoni tylko dwa małe kluczyki od mieszkania nr 16. Dobiegłam, wrota podparte stopką. Jesteś wielki.
Wpadłam do garażu podziemnego. Pokonałam przestrzeń dzielącą mnie od kolejnego tunelu, przed wejściem do którego trzy lata wcześniej postawiono mały znak na cienkiej metalowej nóżce. Na tarczy o barwie latte widniał kontur postaci, której prawa ręka była zwykłą ludzką ręką, prawa noga zwykłą ludzką nogą, natomiast lewe kończyny były psimi łapami, lewa strona głowy prezentowała psi pysk, a prawa, oczywiście, odzwierciedlała facjatę człowieka. Jedno ciało, dwa zwierzaki: człowiek i pies. W całym tym konturze, wyrysowanym intensywna szarą linią, biło jedno krwiście czerwone serce. Pod spodem widniał napis: 'Ważni tak samo'. Tak, to było logo gabinetu Pieniążka, entuzjasty natury, miłośnika wszelakiej zwierzyny, wterynarza cudotwórcy, pasjonaty swojej profesji. Od tamtego dnia zupełnie inaczej postrzegam owo 'moniakowe' logo. Podążając w pośpiechu do gabinetu Wincentego ledwo zerknęłam na znak-drogowskaz, ale napis 'Ważni tak samo', napis, który przecież widywałam codziennie, wrył się w tamtej chwili w moje myśli i pozostanie w nich na wieczność. Nigdy wcześniej nie poczułam tak dogłębnie jak ważny był dla mnie Teo. Zawsze miałam świadomość, że potrzebowaliśmy siebie nawzajem, że byliśmy team'em, że bez niego byłoby mi bardzo smutno i trudno. Wtedy jednak zdałam sobie sprawę, że my stanowiliśmy rodzinę, że jego utrata byłaby kompletną destrukcją mojego poczucia bezpieczeństwa, stabilości, szczęścia. Szczerze kochałam mojego małego Teodora, częściowo osłabionym przez chemikalia, ale całym sercem, ze wszystkich sił, jakie w nim jeszcze pozostały.
Byłam już prawie na miejscu. Kompleks apartamentowców połączony był wspólnym parkingiem podziemnym. W budynku najbliższym drogi dojazdowej, na parterze, mieściły się lokale handlowo-usługowe. Licencje na długoterminowy wynajem wszystkich, poza jednym, pomieszczeń wykupiła kompania HUMANhealthANIMAL, której jednym z prezesów był właśnie mój sąsiad z naprzeciwka. Dzięki podziemnemu połączeniu nie musiałam wychodzić na zewnatrz, aby dostać się do lecznicy, a co najważniejsze nie musiał wychodzić tam również Wincenty niosący w ramionach moje małe chore zawiniątko.
Wpadłam do holu, skierowałam się prosto do drzwi gabinetu zabiegowego. Zamknięte. Szarpnełam za klamkę od biura Wincentego. Zamknięte. Gdzie oni są?!
- Wincenty? - krzyknęłam pytająco, na tyle delikatnie na ile byłam w stanie.
- Magda, usiądź prosze w poczekalni. - usłyszałam stłumiony lecz stanowczy głos Bilona.
- Nie rób mi tego, Wini, błagam nie rób mi tego. - prosiłam, stojąc ponownie pod zabiegowym. Byli tam, w środku pokoju, do którego podeszłam jako pierwszego. Wincent zamknął drzwi na klucz od wewnątrz. Wiedział, że będę chciała wejść i celowo zamknął, więc albo to coś poważnego, a on przeprowadza skomplikowany zabieg, albo na widok mojej zapłakanej twarzy stwierdził, że byłam zbyt zdenerowana by uczestniczyć nawet przy zwykłym badaniu. A może jedno i drugie.
- Magda zrób, o co proszę. - ponownie zdecydowanie odezwał się Wincenty.
Z ciężkim sercem i pełną złowrogich myśli głową usiadłam na najbliższym zabiegowego, poczekalnianym krześle. Siedziałam, płakałam. Nie wiem jak długo. Czekałam. Co z nim jest? Po jakimś czasie zaczęłam wstawać i siadać na zmianę, spacerowałam, przykładałam ucho do drzwi gabinetu, w którym Wincenty leczył, a może ratował mojego Malucha. Nie wytrzymam tego. Łzy napływały mi do oczu.
Boże, jak strasznie musieli czuć się moi bliscy jeszcze pare lat temu. Jak strasznie.
Odpędziłam te myśli daleko, jak najdalej od miejsca, w którym w tamtym momencie się znajdowałam. Próbowałam opustoszyć umysł, nie myśleć o niczym. Przez chwilę zapragnęłam nawet być mężczyzną, wtedy pewnie umiałabym wyłączyć to pieprzone myślenie. Postanowiłam czymś się zająć. Zaczęłam liczyć kafelki na podłogowej posadzce. Nieudolnie. Wielokrotnie się myliłam i musiałam zaczynać od nowa. Poddałam się. Powróciłam do nasłuchiwania pod drzwiami.
Po kilku kolejnych chwilach zamek zgrzytnął, klamka się poruszyła i w progu pojawił się Wincenty w swoim kremowym fartuchu i przezroczystych plastikowych okularach.
- Teo zostanie w klinice Magdaleno. - powiedział dobrodusznie.
- Jak to zostanie? - wydusiłam, a łzy strumieniami pociekły po moich policzkach.
- Jest stabilny, ale musi u nas zostać. Mamy dwóch innych pacjentów na dzisiejszą noc, więc Marii będzie dyżurowała tak czy inaczej. Jest świetnym specjalistą, zaopiekuje się Teosiem.
Bilon po raz pierwszy powiedział o Maluchu Teoś, co spotęgowało siłę ucisku, który opanował móje gardło.
- Chce go zobaczyć. - powiedziałam próbując wejść do zabiegowego. Wincenty blokował jednak przejście swoim ciałem.
- Tak, za chwilę. Marii już tu idzie, przeniesiemy Małego na oddział i wtedy będziesz mogła do niego wejść. - odrzekł. - Uspokój się Magda, wszystko jest pod kontrolą - dodał.
Pod kontrolą, ok. Spróbuję się uspokoić.
Ponownie zaczęłam okupować krzesło.
Jakieś 10 minut później, wtedy już odmierzałam czas świadomie, Wincenty zawołał mnie wyłaniając się z przeciwnej do poprzedniej, strony korytarza.
Poszłam za nim.
Weszłam do salki, która podobna była do sali chorych na typowym oddziale szpitalnym placówki medycznej dla ludzi. Różnicą był na pewno standard wykończenia wnętrza, rodzaj aparatury oraz wygląd i rozmiar 'łóżek' dla pacjentów. Klinika HUMANhealthANIMAL prezentowała naprawdę wysoki poziom.
Po lewej stronie, blisko zasłoniętego ciemną roletą okna, przy lampie o stłumionym świetle, na wysokim, długim stole z niskimi barierkami leżał mój Teodor. Podeszłam do niego wolnym krokiem.
- Teoniu. - powiedziałam. - Teoniu mój kochany, jak się masz?
Teo ani drgnął. Leżał podłączony do kroplówki. Spod jego małego ciałka wystawały jakieś gazy i waciki. Był tam opatrzony. Dlaczego? Co ci jest Maluchu?
Przykryty bawełnianą pieluchą wyglądał na bardzo schorowanego, przynajmniej w moich, pełnych troski oczach. Siadłam przy nim i pogłaskałam go po łysej głowie.
Wincenty stał w drzwiach.
- Mogę z nim trochę posiedzieć? - zapytałam.
Bilon zerknął na mnie, jakby zmartwiony. Po chwili powiedział.
- Jasne, posiedź. Poczekam na ciebie. Będę w biurze.
Wyszedł. Zostawił uchylone drzwi.
Nie spytałam lekarza mojego Teodora o to, co mu się stało. Nie zapytałam, co to wszystko miało znaczyć, skąd krwawienie, po co kroplówka. Nie zapytałam czy gdybym nie zerknęła do terrarium w tamtym momencie, czy gdybym poczekała jeszcze godzinę, dwie, trzy, czy Teo by to przetrwał? Czy poradziłby sobie? Nie spytałam. Chyba nie potrzebowałam tego wiedzieć w tamtej chwili.
Siedziałam i patrzyłam na Chorego.
Miałam pustą głowę.
Jednak nie trzeba być facetem, żeby nie myśleć o niczym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz