Opowiadam Wam

sobota, 7 maja 2016

#17

Nie mogłam sobie przypomnieć sytuacji, w której Jagna była w gorszym stanie niż tamtego dnia.

Podczas rozmowy telefonicznej nie dowiedziałam się niczego. Jagna szlochała i próbowała przekazać mi, że jest chora i że nie będzie jej następnego dnia w pracy i żebym nie przyjeżdżała do niej, bo czuje się fatalnie i jedyne czego chciała to leżeć.
Normalnie zrozumiałabym to i oczywiście uszanowała, ale nie wtedy, nie słysząc zanoszącą się lamentem towarzyszkę.
- Albo mi powiesz o co chodzi, albo jestem u Ciebie za jakieś dwanaście minut.
Nie powiedziała. Dwanaście minut później stałam pod drzwiami domu rodziny Król. Z zewnątrz budynek wyglądał na pusty. Zero świateł w oknach, zero hałasu, który zwykle słychać było w miarę zbliżania się do drzwi wejściowych. Zero śmiechów, chichów, szczekania Lejli - ich suczki. Nic. Czy oni wszyscy się pochorowali? Łącznie z psem?
Dzwoniłam dzwonkiem, pukałam. Głucho.
Wyciągnęłam komórkę, wybrałam numer Jagny, zainicjowałam połączenie. Nasłuchałam się sygnału. Ponowiłam próbę. Znowu to samo - nie odebrała. Kurczę, co ona odwala? Nie wpuści mnie czy naprawdę ich nie ma?
Spędziłam na próbach pukania, walenia w drzwi, dzwonienia dzwonkiem i telefonem jeszcze kilka długich minut. Nie dało to żadnych efektów. Postanowiłam więc ponownie posiłkować się kontaktem z Szymonem. 
- Tak Madziu? - odpowiedział natychmiast, tak jak ostatnio.
- Szymon, gdzie wy jesteście?
- U cioci Diany.
- Gdzie? Jakim cudem przejechaliście 40 km w 10 minut?
- Dlaczego w 10 minut?
- No przecież rozmawiałam z Jagna, strasznie płakała, po kilkunastu minutach byłam pod waszym domem i ciągle tu jestem, pod domem w sensie, pukam, stukam, wale i nic.
- Magda, zrób wszystko, żeby sprawdzić co z Gusią. My jesteśmy u Diany, to znaczy ja, babcia i dzieci oczywiście. Jagna została w domu.
- Rozumiem. Mam się zacząć bać?
- Magda, wsiadam w auto, będę tam za jakieś 20 minut.
- Szymon, uspokój się. Nie pędź. Dzwonie raz jeszcze do Jagny, jak nie poskutkuje, wzywam policję, karetkę, cokolwiek.
- Ok, wyjeżdżam.
- Tylko jedź spokojnie.
Rozłączyłam się i prędko wybrałam po raz setny numer Jagny. Nic. 'Dzwonię na policję' - wysłałam jej sms o takiej treści. Odczekałam 30 sekund, nie odpisała. Wybrałam 997, ale zanim nawiązałam połączenie, ktoś połączył się ze mną. Na ekranie pojawił się napis 'Jagna'. Odebrałam. Telefon prawie wypadł mi z ręki.
- Gdzie ty jesteś, Jagna, na Boga?!
- W domu, otwieram Ci bramę. Wjedź autem, ja tymczasem zejdę i otworzę drzwi. Nie dzwoń na policję. I odwołaj Szymona. Nie chcę żeby przyjeżdżał. Niech zostanie z dziećmi u Diany.
Odpowiedziałam tylko - Ok.
Odwołałam Szymona, choć było bardzo ciężko. Zaparkowałam na podwórku państwa Król i weszłam do domu, drzwi były uchylone. Jagny nie było na dole, weszła już na piętro.
Znowu uchylone drzwi, tym razem od sypialni. Poszłam w tamtym kierunku. Wszędzie panował mrok lub półmrok. W pokoju małżeńskim tliła się delikatnie mała lampeczka postawiona na podłodze. Na łóżku leżała Jagna. W szlafroku. Naprawdę była chora, wyglądała koszmarnie, przynajmniej na tyle, na ile mogłam dostrzec w tamtym świetle.
- Herbatę ci zrobię. - powiedziałam nie pytając.
- I tak nie wypiję. - rzuciła towarzyszka.
Zaintrygowała mnie.
- Byłaś u lekarza?
- Byłam. Mam zwolnienie na dwa tygodnie.
- Zwolnienie? Ty? Na dwa tygodnie?
Nie skomentowała, a ja zaczęłam żałować, że jej informację skomentowałam właśnie w taki sposób.
- Dobrze, wykurujesz się, odpoczniesz. Wszystko będzie ok. - powiedziałam siadając na krańcu łóżka i klepiąc towarzyszkę po łydce.
- Nic nie będzie ok. - wymamrotała chora i popadła w szloch.
- Jagna, na Boga, co się dzieje? - spytałam przestraszona. Nie uzyskałam odpowiedzi. Towarzyszka zanosiła się głośnym płaczem. Weszłam na łóżko, przytuliłam ją mocno. Próbowałam uspokoić, słowem, dotykiem, kołysaniem, ale nic, żadnego efektu. W myślach miałam już tylko jeden scenariusz - poważna choroba, choróbsko, nie daj Stwórco, śmiertelne. Nic dziwnego, jak inaczej mogłam rozumować mając za sobą takie doświadczenia. Łzy pociekły mi po policzkach. Skutecznie je ukryłam. Milczałam, ona płakała. Niech się wyżyje. Minęło dużo czasu, nie wiem dokładnie ile. Jagna uspokoiła się. W pokoju zapanowała cisza. Teoria w mojej głowie urosła do rangi przerażającego toku zdarzeń. Dowiedziała się o swoim złym stanie zdrowia, załamała, teraz czekało ją długie leczenie, oby skuteczne. W tym wszystkim jedna rzecz mi się bardzo nie zgadzała. Dlaczego nie ma przy niej Szymona i dzieci, no i babci Kazi? Nie powiedziała im? Dzieci i babcię może chciała chronić, trzymać złą wiadomość w tajemnicy, ale przecież nigdy niczego nie ukrywałaby przed Szymonem, a już na pewno nie zataiłaby choroby. 
- Powiesz mi co się dzieje? - spytałam w końcu.
- Nie jestem na nic chora, nie martw się. - Jakby czytała w moich myślach. - Dostałam zwolnienie od Patrycji. Skłamałam i wystawiła. Z zapasem, na dwa tygodnie.
- Skłamałaś? - Wszystko było nie tak. Wszystko niepodobne do Jagny, jej relacji z bliskimi, zasad, którymi kierowała się w życiu. Nagle towarzyszka wybuchła, nie dosłownie oczywiście. Zaczęła się eskapada zwierzeń.
- Magda, ruina, gruz, nie kompletne, ale wielkie spustoszenie, katastrofa. Rozumiesz? - Szeptała Jagna patrząc mi prosto w oczy i przełykając łzy.
- Wszyscy zdrowi? Dzieci? - spytałam, ciągle po głowie chodziły mi problemy zdrowotne, włos jeżył mi się na ciele.
- Zdrowi, dzięki Bogu. - odpowiedziała towarzyszka ciągle płacząc. Nie dodała już nic, jakby zostawiła mi chwilę na rozszyfrowanie zagadki, jakby wolała abym wpadła na rozwiązanie samodzielnie aniżeli miałaby po raz pierwszy powiedzieć na głos o tym, co nadało ogromną skazę jej nieskazitelnemu światu. Główkowanie nie zajęło mi dużo czasu.
Zatem wszystko jasne. Wiedziałam już, co się stało. Jagna była osobą, która twierdziła, że z każdej sytuacji można znaleźć wyjście, dobre wyjście, że wszystko jesteśmy w stanie przezwyciężyć, a rozwodzenie się nad błahymi problemami przyprawiało ją o mdłości. Jednak, dwa aspekty istnienia zakłócały znacznie jej spokój i pewność poradzenia sobie z każdą rozterką. Dwa aspekty, a w zasadzie jeden: strata bliskiej osoby, naprawdę bliskiej. Powodem takiej straty w oczach Jagny mogłaby być smiertelna choroba lub ..... porzucenie. Zawsze powtarzała, że jej życie zamieniłoby się w ruinę w dwóch przypadkach. Po pierwsze, gdyby dzieci, Szymon lub babcia zachorowali na bardzo ciężką chorobę, w szczególności jej troska skierowana była na dzieci. Po drugie, gdyby Szymon od niej odszedł.
- Nie wierzę, Jagna, zostawił cię? - spytałam szczerze niedowierzając.
- Nie, nie zostawił, wręcz przeciwnie, powiedział, że nigdy tego nie zrobi. - odburknęła z pogardą w głosie.
- Ty chcesz zostawić jego? - widząc wyraz twarzy towarzyszki, żałowałam, że zadałam to pytanie. 
- Jest inna kobieta. - zapytałam po chwili. A właściwie nie zapytałam. Stwierdziłam. Tak, to było jedyne rozwiązanie, lecz jakże niemożliwe.
- Tak i nie. - powiedziała Jagna. Znowu zaczęła płakać. Jej płacz nie był już jednak histeryczny, głośny, lecz spokojny, wyciszony, pełen żalu. Ponownie pozwoliłam jej wylać multilitraże łez. Przytulałam, czekałam na dalszą część historii, a właściwie całą historię, bo przecież nie wiedziałam jeszcze nic. Po pewnym czasie Jagna siadła wyprostowana. 
- Czy chciałabyś tego wysłuchać? - zapytała
- Oczywiście. Pytanie tylko, czy ty chcesz o tym mówić. To świeża sprawa, jeśli chcesz odczekać, uspokoić się, to tak zrób. Wiesz, że możemy porozmawiać w każdej chwili, nie musimy tego przerabiać dziś, teraz.
- Musimy. - powiedziała. - Chcę. - dodała pospiesznie. - To nie jest taka świeża sprawa...
Spojrzałam na nią podejrzliwie, ona zerknęła na mnie. Potem spuściła wzrok, wlepiła go w swoje splecione dłonie i zaczęła.
- Dwa lata temu. Spustoszenie mojego szczęścia nastąpiło dwa lata temu. Miesiąc po pierwszych urodzinach dziewczynek wszystko się zmieniło. Szymon się zmienił. Znam go jak nikogo w Świecie i mimo, że nie mówił nic, próbował zachowywać się jak zwykle, ja widziałam, że to gra, że nie jest tak jak zwykle, normalnie, naturalnie, szczerze. Nie wiedziałam tylko, jaka była tego przyczyna. Szukałam winy w samej sobie. Mając trójkę dzieci, w tym dwójkę maluchów, moje zorganizowanie pozostawiało wiele do życzenia, zarówno jeśli chodzi o prowadzenie domu jak i o ład mojego wizerunku. Nieumalowana, ciągle w dresach lub leginsach, z tłuszczem okalającym sylwetkę.
- Tak kurwa i co jeszcze! - wtrąciłam bo nie mogłam się już powstrzymać.
- Spokojnie, Magda, daj mi powiedzieć wszystko. - stanowczo, choś ciągle ze łzami w oczach, skwitowała moją reakcję Jagna. Swoja drogą, jak nasze role się na chwilę odwróciły. Z uspokajacza stałam się uspokajanym. Jagna wróciła do opowieści. - Tak, tak sobie wtedy myślałam. Owszem, były momenty, że czułam się rewelacyjnie, jednak przez dystans jaki zaczął wytwarzać się w relacjach z moim mężem, na ogół nienawidziłam samej siebie. Nie mogłam patrzeć na swoje ciało, pod prysznicem, w ubraniu, nago, w lustrzanym odbiciu. 'Miałam ale' do wszystkiego, rozumiesz? Do wszystkiego. Wbiłam sobie tę fazę na tyle, że przekonana byłam w stu procentach, iż ewentualne kłopoty, które albo już rodziły się w naszym małżeństwie, albo niebawem miały się zrodzić będą tylko i wyłącznie wynikiem moich zaniedbań. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam takiego stanu. Co więcej, wygląd umiejscawiałam zawsze gdzieś na dolnych szczeblach hierarchii. Jedynym, co pielęgnowałam, jedynym, o co drżałam była i jest moja rodzina. - Zamilkła na chwilę. - I wtedy właśnie stało się - fundament mojej egzystencji runął. Po dwóch miesiącach zabawy w ciuciubabkę, po dwóch miesiącach ryczenia w łazience podczas kąpieli, po dwóch miesiącach wyrzucania samej sobie wszystkiego, wytykania samej sobie najdrobniejszych błędów czy zaniedbań, Szymon przemówił. - Zamilkła. Ja też milczałam. Siedziałam w napięciu. Nie wiedziałam czy chciałam tego słuchać. Poczułam ścisk w żołądku.
- Przyznał się do wszystkiego. - kontynuowała. - Płakał i przedstawiał fakty z naszego życia, naszego i tamtej kobiety. - Wzięła głęboki oddech. - Spotkali się w Portugalii, gdy Szymon był na delegacji w Porto. Znalazłam nawet kiedyś jakąś broszurkę, coś jakby wizytówkę z hotelu blisko Foz do Douro. Pamiętam, że zdziwiłam się wtedy, bo nie wspominał aby miał nocować poza miastem i dojeżdżać gdziekolwiek na spotkania. Gdy zapytałam, o co chodzi, odpowiedział, że tak po prostu wyszło w trakcie wizyty, że miał przez omyłkę dwie rezerwacje, że wybrał tą konkretną w zasadzie bez konkretnej przyczyny, ot tak ....., a ja naiwna, nie drążyłam. Uwierzyłam. Tymczasem tam, w pieprzonym hoteliku 'E jardim secreto' mój mąż uprawiał seks z jakąś wyrafinowaną suką, która dla jednej zachcianki weszła do łóżka żonatemu mężczyźnie rozpierdalając nasze szczęście w gruz. - Łzy w oczach Jagny nie były już łzami smutku, a wściekłości. - Nie usprawiedliwiam Szymona, o nie, nie, ale jaką trzeba być jebaną kurwą, żeby przespać się z pijanym facetem, potem próbować się z nim kontaktować i nie dawać spokoju, kiedy on wysyła jasny przekaz, że ma rodzinę, której nie zostawi! Po takim czasie! Szmata! Przedwczoraj wieczorem się odezwała. Rozumiesz? Dziwka. - Jagna wstała, przeszła się po pokoju, wróciła do łóżka. Przetarła oczy i powiedziała - Cała ta sytuacja sprzed dwóch lat pozbawiła mnie poczucia własnej wartości, a co gorsze pokiereszowała więź pomiędzy mną, a mężczyzną bez którego tak czy inaczej nie wyobrażałam i nadal nie wyobrażam sobie życia. Jakoś sobie z tym poradziłam, uporaliśmy się z problemem wspólnie, a teraz co? Znowu mam przez to przechodzić? Znowu nie jestem niczego pewna, znowu nie wiem jak się zachować, co robić, czy wierzyć...
Ponownie zamilkła. Ja również milczałam. Zamurowało mnie. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć towarzyszce. Cała ta jej historia była dla mnie ciosem prosto w serce, lepem w twarz, kubłem zimnej wody i nie wiem czym jeszcze. Buzowały we mnie tak rozmaite, czasem przeczące sobie nawzajem, odczucia, że trudno mi jest je teraz zdefiniować. Dwoje ludzi, których tak dobrze, wydawałoby się, znałam, dźwigali tak ciężki bagaż, i to od dwóch lat. Bagaż skrywany głęboko w zapleczu garderoby ich pożycia. Wszystko to, cały ten dramat emocjonalny mojej przyjaciółki i jej męża odbywał się o krok ode mnie, a ja niczego, zupełnie niczego nie dostrzegłam. Próżna idiotka! Egocentryczka! W tamtym momencie do całej czerady uczuć dołączyła jeszcze złość na samą siebie.
Jagna przemówła ponownie, mimo że o nic wciąż nie pytałam.
- Dwa lata temu, Szymon opowiedział mi wszystko, co pamiętał. Przynajmniej tak twierdził, a ja, po długim, trudnym czasie, postanowiłam mu uwierzyć. - Zatrzymała się w swym monologu, jakby potrzebowała chwili, aby przygotować na to, co chciała mi przekazać. - Ostatniego dnia spotkania biznesowego zorganizowano kolację służbową. Upił się. Poszedł z jednym z prezesów do baru. Szanowny pan przełożony zapłacił za dwie dziwki i mimo, że Szymon jasno oświadczył, że nie skorzysta z ich usług, pan postanowił zatrzymać je obie przy ich wspólnym stoliku. Pijany już małżonek wypił kilka szybkich szotów, bo jak twierdził, chciał jak najszybciej opuścić tamto miejsce. Tak też się stało. Wyszedł a prezesik którejś tam z ich partnerskich zagranicznych korporacji został z dwiema kurwami. Szymon wziął taksówkę i pojechał do hotelu. Chciał się przewietrzyć, więc poprosił kierowcę, żeby zatrzymał się przecznicę wcześniej. Wyszedł. Za zakrętem zobaczył na glebie kobietę. Był pijany, ale kontaktował jeszcze, podszedł więc do niej by spytać czy potrzebuje pomocy, czy wzywać pogotowie, czy coś się stało. Ona roześmiała się i powiedziała, że po prostu jest zachlana, że w torbie ma jeszcze dwa trunki niegodne pogardy i planuje je za chwile spożyć. Szymon, kretyn, usiadł przy niej na chodniku. Zaklinał się, że naprawdę tylko po to, żeby nakłonić ją, aby zadzwonili po taksówkę, która miałaby zawieźć sukę do domu. Ale ona nie chciała słyszeć o powrocie, wpadła w monolog, jaka to z niej biedna nieszczęśliwa niewiasta. Powiedziała, że wraca z wieczoru panieńskiego, nie swojego oczywiście, koleżanki. Ryczała, że do tej pory trafiała na samych debili i pytała dlaczego, co z nią nie tak i tego typu gadki. Dziwka jedna. Wyciągnęła te butle. Jedną podała Szymonowi. Wziął łyka, potem drugiego, a potem nie pamiętał już nic. Miał tylko przebłysk, że poszli gdzieś razem..... No i na tym powinno się to wszystko zakończyć. Niestety, prawda jest taka, że Szymon obudził się rano, w swoim pokoju hotelowym, zupełnie nagi, sam, a na stoliku obok łóżka leżała karteczka z napisem: 'Było cudownie, powtórzmy to.', czy coś w tym stylu. Ach, no i numer telefonu oczywiście. Prostaczka. - Jagna zatrzymała się ponownie. - Wyrzucił tę kartkę. - dodała po chwili. - Nie pamiętał nic, nie wiedział czy ma wierzyć tamtej dziewczynie, czy naprawdę coś między nimi było czy nie. Dlatego szarpał się sam ze sobą, bił z myślami, czy mi o tym mówić czy nie. Dlatego był taki nie swój. No ale w końcu powiedział...
- Ale zaraz, to wy ciągle nie wiecie co tam się wydarzyło. - wtrąciłam. - To znaczy, samo picie alkoholu z dziunia na ulicy w środku nocy i przygarnięcie zbłąkanej, kurwa, owieczki pod swój dach na jedną noc nie jest fair w wykonaniu żonatego faceta, ale Jagna, może między nimi do niczego nie doszło. Może to jakaś głupia siksa, która chciała go omotać. Z tym, że do niczego nie doszło, zasnęli w trzy sekundy, a ona rano, spłoszona, pomyślała, że jedyną szansą jest kłamstwo. I nabazgrała te bzdury na skrawku papieru licząc, że Szymon uwierzy i się odezwie, albo że po prostu będzie chciał czegoś więcej i tak czy inaczej zadzwoni.
- Yhm... - mruknęła Jagna. - To, że ją przygarnął to już jest zdrada w moich oczach, to że z nią spał w jednym łóżku to już bez komentarza, a to że ją bzyknął, po prostu wyrwało mi serce. Bo bzyknął, wiem to na pewno. Przeze mnie, w zasadzie, wszystko się wyjaśniło. Nie dawało mi to spokoju, musiałam wiedzieć czy mój mąż penetrował ciało innej kobiety czy nie. Próbowałam ją znaleźć, chciałam poruszyć niebo i ziemie, szukać nagrań w monitoringu hotelowym, żeby zobaczyć jej twarz, a potem kurwa przejrzeć każdą Portugalkę na wszystkich społecznościówkach jakie istnieją. Chciałam, musiałam się dowiedzieć co tam się wydarzyło. Szymon, widząc co robiłam i jak wariowałam w tym temacie, postanowił, że sam rozwiąże tę sprawę. Nie wiem dlaczego, ale pozwoliłam mu na to. Chyba dla mnie samej byłoby to po prostu za trudne. Szukać kobiety, którą najprawdopodobniej ruchał mój mąż. Nie poradziłabym sobie. No ale on wykonał zdanie, znalazł ją. Pamiętał imię, to znaczy trzy jego warianty, zadzwonił do hotelu, powiedzieli, że pani suka podała swoje nazwisko przy wkraczaniu do budynku, w innym wypadku nie zostałaby wpuszczona na pokoje. Jednak, nie oznaczało to jeszcze sukcesu. Nie chcieli mu podać tego nazwiska, były tam jakieś trudności, ale w końcu po tysiącu weryfikacji, że on to na pewno on, podali mu namiary na dziwkę. Skontaktował się, ta rozradowana chciała się spotkać. Spotkali się. Pokazała mu ich dwa zdjęcia, które sama im zrobiła. Dwie kurwa jebane selfie, na jednej z nich się całowali. Zaczął wszystko analizować wielokrotnie i coś tam sobie przypomniał. Wrócił blady jak ściana i powiedział, że jest pewien, że uprawiał seks z tamtą kobietą. To zdanie mnie zabiło. - Jagna zamilkła. W pokoju zapanowała cisza. Słuchałam wszystkiego z otwartą japą, nie wierząc w to, co rzeczywiście słyszałam. Jak jakiś film, nie wiem, czy kabaret może. Na pewno nie rzeczywistość, a co więcej, na pewno nie życie mojej towarzyszki. Szymon? Jak on mógł coś takiego zrobić. On i Jagna to stworzeni dla siebie ludzie. Latał za nią od liceum. Kurwa, taka miłość, taka przyjaźń, taka więź. Nie wierzyłam. Szukałam jakiejś oznaki fałszerstwa tych zdarzeń, chciałam znaleźć lukę, udowodnić, że to wszystko ściema, bujda, że laska go wkręcała, albo cokolwiek innego. Nie byłam jednak w stanie. Sam Szymon powiedział przecież, że sobie przypomniał, że spał z tamtą kobietą.
Jagna wstała, napiła się wody, podeszła do okna, wyjrzała przez nie.
- Miałaś go odwołać.
- Kogo?
- Szymona. Siedzi w aucie na podwórku.
- Jak to? Kurczę, przepraszam, przecież odwołałam. Może nie posłuchał. - powiedziałam. - Dlaczego nie wchodzi? - zapytałam.
- Orzekłam mu, że nie chcę go widzieć przez parę dni. Wyjechali do Diany. Babcia z dziećmi wracają jutro, - zerknęła na zegarek. - a w zasadzie już dziś. Szymon miał tam zostać. - Jagna obróciła się plecami do okna, spojrzała na mnie i powiedziała. - Przedwczoraj, tuż przed snem, chciałam sprawdzić maila. Szymon pracował przy swoim laptopie. Zadzwonił telefon na dole, odebrała babcia, była w naszej kuchni. Dzwonił twój Wincent, do Szymona. Korzystając z chwilowo wolnego komputera, chciałam szybko zerknąć na swoją pocztę i maksymalizując okno przeglądarki odruchowo spojrzałam na pierwszą wyświetlającą się stronę. To było konto mailowe Szymona i jedna nieodczytana wiadomość, a w tytule 'E jardim secreto'. Otworzyłam. Nie potrafiłam się powstrzymać. Czułam jednocześnie jak buzuje we mnie złość i jak opuszcza mnie cała energia. W mailu było tylko: 'A może raz jeszcze' i numer, chyba telefonu. Wzięłam swoją komórkę do ręki i zadzwoniłam, ale połączenie nie mogło zostać zrealizowane, numer nie odpowiadał. Rozpłakałam się. Przyszedł Szymon, zobaczył mnie ryczącą przy jego komputerze. Odczytał wiadomość. Zaczął tłumaczyć, że nie ma z tym nic wspólnego, że od kiedy wyjaśnił, co wydarzyło się tamtej nocy, nie kontaktuje się z tamtą kobietą, że nie chce jej już nigdy spotkać, że kocha mnie i że naprawdę jest ze mną szczery. Ja natomiast nie uwierzyłam, ciągle nie wierzę, to znaczy teraz już nie wiem czy wierzę. Mówił, że nie wie, co oznacza ten numer, też nie mógł się tam dodzwonić. Był strasznie zdenerwowany, ledwo opanowywał emocje. Nie wiem czy to dlatego, że ta suka naprawdę zaczyna z nim pogrywać i wpieprzać się w nasze życie czy dlatego, że coś ciągle między nimi jest, a ona chciała po prostu ustalić termin kolejnego spotkania. - Zapadła cisza. Przytuliłam Jagnę. 
- Czuję, jakbym znowu wszystko traciła, Magda. - dodała towarzyszka. - Wszystko to, co udało nam się uratować i odratować po tamtej zdradzie. Znowu nie wiem czy mówi prawdę, boję się czy potrafię mu w pełni ufać, a myślałam, że potrafię, że wybaczyłam, nie zapomniałam oczywiście, ale wybaczyłam. A teraz, teraz nie wiem już nic. Jeden kurwa pieprzony mail. Jedna wiadomość jest w stanie znowu wszystko skomplikować, rozpieprzyć. Nie wiem, co robić. Potrzebuję to wszystko przemyśleć. Potrzebuję czasu i spokoju. Stąd to zwolnienie. Stąd okłamywanie i naciąganie Patrycji. Z tym też czuję się okropnie.
- O tym to ty w ogóle nie myśl! Zwariowałaś chyba, żeby jeszcze taką pierdołą zaprzątać sobie głowę. - wykrzyknęłam natychmiast. - Jagna, nie wiem co ci doradzić, nie wiem jak to wszystko skomentować. To straszne, co wydarzyło się w waszym życiu i straszne jest to, że przechodziłaś przez to sama, że nic mi nie powiedziałaś. 
- Daj spokój, akurat ty bagaż zmartwień masz nadmiarowy. Po co ci jeszcze moje problemy?
- Co ty pieprzysz! - wkurzała mnie zawsze tego typu tekstami, ale tamtym razem ograniczyłam się tylko do przytoczonego wyżej, krótkiego komentarza. - Zawsze, o wszystkim możesz mi powiedzieć, myślałam że to wiesz. - dodałam jeszcze.
- Wiem, wiem. - powiedziała. - Ja chyba po prostu potrzebowałam przerobić to samodzielnie. I myślałam, że zrobiłam to efektywnie, że to już nie wróci. Myliłam się.
Jagna znowu podeszła do okna. Wyjrzała przez nie ukradkiem.
- Mogłabyś zejść i powiedzieć mu, żeby położył się w gabinecie na dole? Przecież nie będzie spał w aucie. Albo niech idzie do domku babci. W sumie wszystko jedno, niech zrobi co chce, byleby tylko nie wchodził na górę.
- Ok, powiem. Zaraz wracam. - Gdy wróciłam Jagna już spała. Musiała paść w sekundę, bo nie było mnie dosłownie dwie. Położyłam się obok niej. Z tym, że ja zasnąć nie mogłam. Myśli wariowały w mojej głowie. Nie mogłam uwierzyć w to wszystko. To nie mogło być prawdą..., a przecież działo się naprawdę...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz