Opowiadam Wam
piątek, 11 grudnia 2015
#3
A więc zacznijmy od początku, prawie od początku
- Kolejne nudne spotkanie. Zaliczmy to i wracajmy do domu. Kto wymyślił te wszystkie meetingi? Zabierają czas i jeszcze dostarczają stresu.
- No a jedzenie – powiedziałam z uśmiechem
- Tak, chociaż najeść się można – wywróciła oczami Jagna
Zaśmiałam się, uzupełniłam pustą już filiżankę towarzyszki ciepłą herbatą i powiedziałam – Obie doskonale wiemy, że pójdzie ci fenomenalnie.
Wiedziałam doskonale, że Jagna uwielbia konferencje i obie uważałyśmy, że poprzez aktywne uczestnictwo można wynieść z nich naprawdę dużo. Jagna jednak zawsze tuż przed swoim wystąpieniem miała kryzys i wszystko wtedy było dla niej bez sensu.
...................
Przyjaźnimy się z Jagna od kilku lat, ale żadna z nas na samym początku znajomości nie pomyślała nawet przez chwile, że kiedyś będziemy ze sobą tak blisko. Obie nie wierzyłyśmy w przyjaźnie pracownicze. ‘Praca to praca, a nie miejsce spotkań towarzyskich’ lub ‘Można mieć Znajomych z pracy, nie Przyjaciół’. Powyższe maksymy to dwie z głównych, dotyczących życia zawodowego, opinii głoszonych otwarcie zarówno przeze mnie jak i Jagnę. Żadna z nas nie spodziewała się jednak, że po kilku latach to właśnie ta pracownicza przyjaźń będzie stanowiła jeden z ważniejszych filarów naszego życia, a włąściwie naszych żyć - nie przesadzajmy z tą bliskością. Różnimy się. Ba! Jesteśmy diametralnie różne, ale fakty mówią same za siebie - relacja nas łącząca okazała się niezwykła, silna, lojalna, niezłomna i wieczna.
Jestem niewysoką, ówcześnie trzydziestopięciolatką z niebieskimi oczami i szerokim uśmiechem. Moja pasja? Sport - choć nie od zawsze. Owszem, ruch nie był dla mnie obcy nigdy, aktwność zawsze dawała mi poczucie spełnienia. Nigdy jednak nie poświęcałam temu zbyt wiele czasu ani nie analizowałam każdego ruchu z aptekarską uwagą, jak to miało miejsce później. Tak, później, 'po tym wszystkim', sport stał się moim uzależnieniem, a siłownia schronem, bunkrem. Sama nie wiem jak w zasadzie do tego doszło, jak to się stało, ze zatraciłam się w aktywności fizycznej bardziej niż we wszystkim innym, bardziej niż w gotowaniu, czytaniu, spotykaniu ze znajomymi czy tez poświęcaniu czasu mężczyznom. Jedyne, na co miałam faktycznie czas poza swoją aktywną pasja była rodzina oraz Jagna. Pod pojęciem rodzina kryli się wszyscy Makoszowie i ich ‘pochodne’, natomiast pod pojęciem Jagna kryła się sama Jagna, a wraz z nią jej 'pochodne' - mąż Szymon, ich dzieci, a także babcia Jagny, Kazia. Tak, to był cały mój świat, rodzina, przyjaciele, sport i praca, a właściwie praca i sport, ta kolejność odzwierciedla rangę moich ówczesnych nałogów prawidłowo.
....................
Jagna łyknęła kilka łyków herbaty i bez słowa wstała od stolika. To była jej kolej. Szła zdecydowanym, równym krokiem pomiędzy stolikami zajętymi przez światowej sławy naukowców, z których większość spoglądała na nią z uśmiechem i szczerym podziwem.
Obserwowałam ją bacznie lecz ze spokojem, zupełnie nie martwiłam się o jej wystąpienie. Sama prezentowałam tego poranka, poszło mi bardzo dobrze, był nawet aplauz. Przekonana byłam, że Jagna wypadnie równie świetnie jak nie lepiej. Wiedziałam, że przyjaciółka niebotycznie się stresuje, wiedziałam, że pomimo iż stąpa zdecydowanie przemieszczając się w kierunku miejsca dla prelegenta to z trudem powstrzymuje swoje ciało od upadku z roztrzęsienia. Nikt jednak, poza mną i zapewne mężem Jagny, trzymającym kciuki setki kilometrów od miejsca konferencji, oraz samą prelegentką nie miał świadomości jak wiele nerwów kosztuje ją to wystąpienie.
Jagna..... trochę wyższa od mnie, zgrabna mimo nieuprawiania sportu, dwóch ciąż za sobą (w tym jednej bliźniaczej) oraz zamiłowania do jedzenia, miała piękne grube lekko falowane włosy o głęboko kasztanowym odcieniu, który królował również w jej oczach, te bowiem kolorystycznie niczym nie różniły się od fal na głowie matki, żony i naukowca w jednym. Była, jest idealna. W zasadzie to obie byłyśmy, jesteśmy, z tym, że Jagnie brakowało pewności siebie. Dziwna to sprawa, w tym właśnie względzie Jagna była ‘rozchwiana’, jak to ja zwykłam była określać. Otóż w kwestii rodziny, domu, a nawet pracy i zadań które wykonywała, moja towarzyszka zawsze charakteryzowała się zdecydowaniem, stanowczością i pewnością, że decyzje, które podejmowała były najwłaściwsze z właściwych. Można byłoby zatem rzec, że pewna była swego, pewna była siebie. Jednak, kiedy nadchodził czas prezentacji wyników naukowych, złożenia ostatecznej wersji artykułu do druku, naniesienia ewentualnych poprawek, a w końcu przedstawienia dokonań na forum, Jagna zmieniała się diametralnie, miała szereg wątpliwości. Godziny rozmyślań. Czy aby na pewno wszystko zrobione zostało jak należy, czy wszystko zostało odpowiednio przeanalizowane, czy wszystko było tak jak powinno być – na litość boską, oczywiście że tak – tak zawsze kwitowałam wywody Jagny. Mówiłam to z przekonaniem, stuprocentowa pewnością, co generalnie przychodziło mi z łatwością. Nie trzeba było być jednak odważną i pewną siebie mną, żeby stwierdzić, że prace Jagny wykonane zostały z należytą uwagą, każdy kto choć trochę ją znał bez wątpienia mógł to potwierdzić. Obie bowiem w pracy byłyśmy perfekcjonistkami, karierę naukową robiłyśmy w zastraszająco szybkim tempie, znało nas bardzo wiele osobistości w środowisku naukowym, a nasze prace (zarówno te wspólne jak i indywidualne) były bardzo poczytne i często cytowane.
Zarówno w życiu i w pracy stanowiłyśmy zgrany zespół, byłyśmy precyzyjne, inteligentne, kreatywne, a przede wszystkim bardzo pracowite. Szkoda tylko, ze Jagna nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że była świetna. Ja natomiast nie miałam z tym problemu, co więcej, każdego dnia w pracy powtarzałam przyjaciółce, że jesteśmy zajebiste.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz