Nadeszła niedziela.
Muszę coś ze sobą zrobić.
Poszłam pobiegać. Uwolnione endorfiny zadziałały, nastrój znacząco się poprawił.
Godzina 10:00, ja wystrojona, umalowana, po śniadaniu, po kąpieli, po zabawie z Teo no i oczywiście po wykonanym kilometrażu. Hmm, pójdę do kościoła.
Mieszkałam jakieś 2 km od Świątyni. Ostatnia przedpołudniowa msza święta rozpoczynała się o 10:45. Stwierdziłam, że zdążę. Ubrałam się i wyszłam.
Spacerując zmierzałam w kierunku miejsca spotkań wiernych, Bożego Domu. Często chodziłam do kościoła, no może nie każdej niedzieli, ale naprawdę często.
Kiedyś śmiałam się, że chyba nawet mam swoje miejsce wśród starszych pań, w jednej ze środkowych ławek. Ale myliłam się. Złudne nadzieje. Panie wyklęły mnie kiedy zorientowały się, że kilka niedziel z rzędu nie przystępowałam do komunii świętej. Generalnie przystępowałam do niej rzadko, bardzo rzadko, oczywistym jest dlaczego - regularnie grzeszyłam, jeśli nie ciałem to myślą. Moje współlokatorki jednej kościelnej ławy po kilku takich bezkomunijnych, w moim wydaniu, mszach świętych zorientowały się, że mają do czynienia z przypadkiem wyrodnym i stopniowo izolowały mnie od siebie. Początkowo rozsiadały się w ławce tak, że gdy przychodziłam musiałam przepraszać je po kolei, prosić by się posunęły i zwolniły dla mnie kawałek drewnianej przestrzeni. Gdy ich zachowanie nie odnosiło zmierzonego rezultatu - ja ciągle wciskałam się pomiędzy przysadziste ciała i zajmowałam miejsce u ich boku - zaprosiły do współpracy swoje koleżanki. Wtedy już wykałaczki nie można było wepchnąć pomiędzy pobożne kobiety o miłosiernej naturze. Zaczęłam więc zajmować miejsce w jednej z ostatnich ławek pośród różnych ludzi. W tamtych rzędach nie obowiązywała już zasada przysposobienia powierzchni ławy przez zasiedzenie, tam rotacja wiernych lub udających wiernych była duża. Szczerze mówiąc, ja stanowiłam jeden z bardziej niezmiennych elementów ostatnich szeregów.
Dochodząc do Świątyni tamtej niedzieli zobaczyłam zbliżające się z naprzeciwka moje byłe kościelne starsze znajome. Wyraz ich twarzy nawet mnie rozśmieszył. Napięły obwisłe już rysy i ruszyły w stronę wrót kościoła szybkim tempem. Pędziły w obawie, że będę pierwsza, że rozlokuję się wygodnie w okupionej przez nie całkowicie środkowej ławie. Jednak, jedną z cech, która dawała mi przewagę nad nimi był wiek. Przyspieszyłam odrobinę i bez trudu przekroczyłam próg Domu Bożego jako pierwsza. Drugą z cech, którą przewyższałam owe damy był rozsądek. Na ich szczęście. Skierowałam się do 'swojego' siedziska, gdzieś w tyle. Uklękłam, przeżegnałam się i usiadałam. W tym czasie 'moją' ławkę minęły ubogie. Nie uraczyły mnie nawet spojrzeniem.
Niestety, na tamtej mszy świętej próżnowałam. Nie pamiętam nawet o czym było kazanie. Myślałam o Filipie obserwując to, co dzieje się podczas nabożeństwa. Przyglądałam się ludziom nie poświęcając im złamanego głębszego przemyślenia. Patrzyłam jak kościelnie doświadczone kobiety prześcigają się we wstawaniu z pozycji siedzącej tuż przed tym jak podniesie się cały tłum lub słuchałam 'półuchem' jak przekrzykują się w śpiewie jedna przez drugą.
Mimo tej obserwatorskiej aktywności, w moich myślach królował Nieziemski. Co ja mam ze sobą począć? Eh...
Koniec mszy.
- Idźcie w pokoju Chrystusa. - usłyszałam śpiewny głos proboszcza.
- Bogu niech będą dzięki. - odśpiewałam wraz z tłumem.
- Drodzy parafianie, jeszcze chwila. - powiedział ksiądz przerywając śpiewającym już pieśń zakańczającą ludziom. Przemiótł wzrokiem po całej Świątyni i dodał - Chciałem Wam tylko powiedzieć, żebyście nie odpuszczali dobru. - zamilkł na chwilę. - Walczcie nawet o to, co wydaje się Wam być już stracone. Walczcie, ale tylko gdy jest dobre. I pielęgnujcie. - ciągnął duchowny.
Zamyśliłam się. Wyszłam z kościoła jako jedna z ostatnich.
Wracając do domu zaszłam do cukierni. Kupiłam dwa eklery. Zjadłam je po drodze. Ależ mi słodko.
Co dał mi tamten wypad do kościoła? Kolejną godzinę rozmyślań o F., jakieś 400 kalorii plus no i sentencję księdza.
Walczyć, o ile jest dobre. Czy relacja Magdalena - Filip była dobra? Dla kogo? Dla obu stron sprawy? Czy całe to dobro było tylko jednostronne, albo co gorsza - jednorazowe?
Nie znałam odpowiedzi na żadne z powyższych pytań.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz