Nagie, mokre ciało, bijący chłód spod prysznica. Brrr, zimno.
Zmysły zaczęły przeważać nad emocjami. Gęsią skórkę miałam już na całym ciele. Rozścieliłam na podłodze jeden ręcznik, odłożyłam nań Teo, osuszyłam go. Sięgnęłam po drugi i wytarłam siebie. Owinięta szlafrokiem niosłam Malucha do terrarium i całowałam go po głowie.
- Nie zwiewaj mi więcej, Teoniu, nie zwiewaj. - wyszeptałam i odłożyłam żółwia do bezpiecznego lokum.
Wróciłam do łazienki. Walizka. Opróżniłam ją w try migi. Co by było gdybym nie potrzebowała odżywki? Mogłam przecież użyć spray'u. Nie zajrzałabym wtedy pewnie w tę przeklętą otwartą kieszeń jeszcze ze dwa dni. A jeśli Teo nie wyłoniłby się stamtąd samodzielnie? Zdechłby.
Wzdrygnęłam się.
Zawsze, zawsze będę rozpakowywała swoje manatki tuż po powrocie do domu. Przynajmniej, póki mam zwierzaka.
Kucnęłam i zaczęłam wygrzebywać wszystko po kolei z otchłani mojego tobołka. Ile tam było rzeczy. Niektóre jeszcze sprzed kilku wypadów. Wstyd, ale fakty były faktami. Wyładowałam już wszystko, tak przynajmniej myślałam. Byłam z siebie naprawdę dumna. Może ją wypiorę? To był rewelacyjny pomysł. Miałam tę walizkę od około dwóch lat i nie prałam jej ani razu, to znaczy poszewki oczywiście, mimo, że pani w sklepie zapewniała, że można to swobodnie czynić. Podjęłam zatem próby odseparowania materiałowej wyściółki od reszty. Zajęło mi to jakieś 10 sekund. Poczułam jeszcze większy wstyd. Mogłam to zrobić wieki temu, albo przynajmniej jakieś 1,5 roku wstecz. Zdjęłam pokrycie wnętrza górnej klapy, dobrałam kilka innych tkanin z kosza na brudy i zaczęłam wrzucać wszystko do pralki, przetrzepując ubrania w celu wyeliminowania ewentualnych monet, kapsli, kluczyków, itp. To samo zrobiłam z walizkowymi poszwami. Nic ciekawego nie odnalazłam. Odpaliłam. Klik i już. Elektryczna tara włączona. Podniosłam się i skierowałam do lustra. Chwilę później, myjąc już zęby obróciłam się rychło na pięcie, zrobiłam dwa kroki i wyłączyłam sprzęt. Kretynko, jest 04:50, nie czas na pranie, mieszkasz w bloku.
Kucnęłam, by zaprogramować maszynę na opóźniony start za jakieś trzy godziny i wtedy zobaczyłam małą białą karteczkę zwiniętą w rulonik leżącą na w pół pod pralką. Musiała wypaść podczas przetrzepywania brudów.
Hmm.. jakaś moja notatka? Ja nie mam w zwyczaju zwijania skrawków papieru w rulon...
Podniosłam, rozwinęłam, przeczytałam.
Patrzyłam na zapisane tam cyfry, litery, składałam je w liczby i słowa. Ich treść była jednoznaczna, a mimo to nie wierzyłam.
- Pomyśleć muszę. - powiedziałam. - Skąd to się wzięło w moim bagażu?
Gorąca kąpiel. Koniecznie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz