04:00 lotnisko SchÖnefeld, Niemcy.
- Może kawka? - spytała moja towarzyszka.
- Chętnie. - odpowiedziałam machinalnie - Tylko najpierw toaleta.
Kierunek WC. Podążałyśmy wzdłuż szerokich lotniskowych korytarzy, zgodnie ze znakami, które nawigowały do obranego przez nas celu. Zero kolejek. Szybkie siku. Mycie rąk. Look w lustro i och... co za sińce pod oczami. Jestem aż tak zmęczona? Bez przesady. Konferencje zawsze mnie relaksowały, nigdy męczyły. Starość. Zaśmiałam się.
- Już? - usłyszałam głos Jagny.
- Tak, tak.
- No to cho. - zawołała moja przyjaciółka.
Jagna zawsze była radosna podczas drogi 'z powrotem', ja natomiast podczas podróży 'tam'. Ona cieszyła się, że za chwile przytuli swoją dziatwę, ucałuje męża. Ja wiedziałam, że wejdę do mieszkania, nakarmię Teo, wezmę prysznic lub kąpiel i zapadnę w głęboki sen. Wstanę po paru godzinach, zamówię coś do jedzenia, zjem, poleżę, pójdę na rower, znowu prysznic/kąpiel, film lub bezmyślne gapienie się w tv i ponownie kimka. W międzyczasie jakiś telefon do mamy, że wróciłam cała i (chyba) zdrowa, że było super i że mam mnóstwo zdjęć. Tak to zawsze mniej więcej wyglądało. Oczywiście schemat ten w szczegółach uzależniony był od dnia tygodnia i pory, o której powracałam do domu, ale zbiór wykonywanych czynności przez jakieś 24-36 godzin po przybyciu na miejsce był praktycznie stały.
Popijając kawę, w jednej z lotniskowych kafeterii, rozmawiałyśmy z Jagna o wszystkim i o niczym. Nagle towarzyszka zapytała - A jak tam sir Filip?
To, że znała jego imię i zapewne nazwisko nie zdziwiło mnie zupełnie. Podczas kolejnych, po tamtej nocy, dni konferencyjnych niejednokrotnie spotkałyśmy Filipa. Jagna miała mnóstwo sposobności, żeby mu się przyjrzeć. Troch to znana osobistość w naszym świecie, nic więc dziwnego, że towarzyszka rozpoznała go bez problemu.
- Co masz na myśli? - odpowiedziałam.
- Nic. Po prostu pytam. Wmurowało Cie jak go zobaczyłaś po pierwszej kolacji. I nic z tym nie zrobiłaś. Dziw mnie bierze.
Zaśmiałyśmy się obie, tylko mój śmiech był raczej nerwowy.
- Tym bardziej, że siedział przy nas dobre dwadzieścia minut na pożegnalnym bankiecie. - kontynuowała. - Ładniusi.
- Tak, przystojniak z niego. Jednak, jak się zapewne domyślasz, nie wymieniliśmy się numerami telefonu i nie umówiliśmy na spotkanie. - wybrnęłam bez kłamstwa. Brawo Ja!
- I bardzo dobrze. Znasz moje zdanie na temat tego twojego randkowania.
- Randkowania?
- Racja, nawet randkowaniem tego nie można nazwać.
- Jagna.
- Ok, ok, nie wtrącam się.
Zmieniłyśmy temat na jeszcze bardziej przyziemny niż niezobowiązujące relacje damsko-męskie. Zakupy.
Przegadałyśmy godzinę, zebrałyśmy manele i ruszyłyśmy w kierunku wyjścia prowadzącego na podjazd dla busów i parking taksówek. Podróż Berlin-Szczecin minęła całkiem sympatycznie - wnikliwie analizowałam przesuwające się krajobrazy za oknem, żeby nie dopuścić, aby ewentualna rozmowa z moja towarzyszką ponownie zeszła na niechciane 'randkowe' tory. W busie jechałyśmy tylko my dwie i kierowca, rzecz jasna. Ten ostatni próbował nas zagadywać, chyba nawet imponować dość prostackimi żartami, więc zabiłyśmy te starania o konwersację jeszcze u ich zarania.
- Rozmowa z kierowcą w czasie jazdy zabroniona. Chyba pan o tym wie. Proszę skupić się na drodze. - powiedziała Jagna do prowadzącego pojazd mężczyzny. Po tym zdaniu towarzyszki, on nie wypowiedział już żadnego aż do 'Żegnam panie' gdy zamykał bagażnik po wyładowaniu naszych tobołów.
Skinęłyśmy na do widzenia.
- Żegnam. - powiedziałam z uśmiechem - Chyba nie chce już nas więcej wieźć.
Jagna odwzajemniła uśmiech.
- O jest babcia. Potrzebujesz podwózki? - spytała.
- Nie dzięki. Zamawiam taksówkę.
Przywitałam się z panią Kazimierą, potem pożegnałam i z nią i z Jagną. Odjechały. Czekałam na taryfę. Podjechała. Wsiadłam. Kierowcą była kobieta. Poza 'dzień dobry' na powitanie i 'miłego dnia' na do widzenia nie powiedziała nic. Byłam jej za to wdzięczna. Zostawiłam napiwek.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz